Wciąż nie przestaje mnie fascynować, że w kraju, w którym Trójka wytacza wielu osobom muzyczny gust, w którym odważniej patrzymy na to, co za Oceanem niż na Wyspy Brytyjskie, kultowy na świecie Dave Matthews Band pozostaje wciąż zespołem radykalnie niedowartościowanym. Nie mówię o zainteresowaniu środowiska i przychylnych recenzjach. Jedna z kilku największych koncertowych gwiazd amerykańskich, band, który bez problemu wypełnia ogromne hale i stadiony wczoraj nie wyprzedał przecież wcale nie największego Torwaru. Przegrzanie koniunktury? Za dużo gwiazd jednego roku, jak na wytrzymałość polskiego portfela? Czy może muzyka zbyt trudna?

To ostatnie patrząc na przyjęcie gwiazdy wieczoru wydaje mi się mało prawdopodobne. Oczywiście Torwar był wieżą Babel, ale polscy fani doskonale znali twórczość. Śpiewali refreny, rozpoznawali utwory po pierwszych taktach, prześcigali się w liście życzeń wykrzykiwanych w stronę zespołu.

Dave Matthews Band z 25 marca 2019 to zespół, który różnił się od tego, co widzieliśmy w Gdańsku w październiku 2015 roku. Buddy Strong, nowy klawiszowiec, z jednej strony daje grupie dużo funkowego oddechu, z drugiej – momentami wzmacnia rockową nogę, grając w kierunku klasycznych zespołów z lat siedemdziesiątych. Brak zmagającego się z oskarżeniami natury #metoo skrzypka Boyda Tinsleya był wyczuwalny tylko przez tych, którzy DMB już widzieli. Jego partie dawały dużo przestrzeni, luzu, oddechu. To zadanie brała na siebie sekcja dęta – jak lekko można grać na trąbce słyszeliśmy wczoraj kilkukrotnie. Z drugiej – żeby grać na dwóch saksofonach jednocześnie trzeba urodzić się z szatańską naturą.

Zazdroszczą nam tracklisty

Tracklista była doskonała. Nie opieram się tu tylko na moim prywatnym, więc mocno subiektywnym odczuwaniu. Komentarze, które poszły ze świata mówią o zazdrości w stronę warszawskiej publiczności. Bo mieliśmy tu Matthesowe skarby, takie jak „Don’t Drink The Water”, „The Space Between”, „Ants Marching”. Fascynowała delikatność, z jaką wykonane zostało „Samurai Cop (Oh Joy Begin)” czy poruszające „Gravedigger”. Mieliśmy dwie coverowe niespodzianki, czyli odległe o galaktykę nagranie z repertuaru Steve Miller Band, a pamiętane z ostatniego wykonania SealaFly Like An Eagle” (narażę się, ale mógłbym się bez niego obejść), jak i wspaniałe i zaskakująco bliskie naturze DMB, a pochodzące od Petera Gabriela „Sledgehammer”, w którym najbardziej słychać było jak ważnym nowym ogniwem grupy jest Buddy Strong. To koncertowy pewniak, ale nie można też nie napisać, że finał z połączonymi ze sobą „All Along The Watchtower” oraz „Stairway To Heaven” to dopracowany do perfekcji majstersztyk, rzecz którą każdy fan rocka powinien przeżyć przynajmniej raz w życiu.

Bez etykiety

Etykietka rock wczoraj była wyczuwalna najmocniej. Zespół mocno pracował na brzmieniach, które bazują na współpracy Stefana Lessarda, Cartera Beauforda i Tima Raynoldsa. To jednak tylko i wyłącznie (aż?) trzon, od którego zespół z zawadiacką swadą odbija się improwizując, podróżując w stronę jazzu, proponując nam nawet przez chwilę podróż w stronę karaibskiej fiesty.

Tym, co na koniec zapamiętujemy, jest perfekcyjne połączenie trzymania się w ryzach z improwizacją. I boski spokój, z jakim jest to wykonywane. Po mniej więcej kwadransie koncertu jesteśmy przeniesieni do krainy magii.

Tak grają najlepsi. Tak grają mistrzowie. A kto nie był, ten trąba.

Lista utworów:

1. What Would You Say
2. Warehouse
3. That Girl Is You
4. Crush
5. Stand Up (For It)
6. Do You Remember
7. You Might Die Trying
8. Samurai Cop (Oh Joy Begin)
9. Lying in the Hands of God
10. Sledgehammer(Peter Gabriel cover)
11. Here on Out
12. Don't Drink the Water
13. Fly Like an Eagle (Steve Miller Band cover)
14. Can't Stop
15. Gravedigger
16. Granny
17. Ants Marching
18. The Space Between
19. All Along the Watchtower