Tak. Wiem. Dla wielu Metallica skończyła się na „Kill ‘em All”. Dla innych na „Master…”, ewentualnie na „…And Justice For All”. „Czarnego Albumu” nikt oficjalnie nie lubi, ale wszyscy doskonale znają słowa i drą w niebogłosy swe gardziołka akurat wtedy, kiedy grane jest któreś z nagrań z płyty z 1991 roku. O tym, co było potem, żaden fan oficjalnie bez pogardy się nie wypowiada. Na koncercie, w tłumie ten sam fan śpiewa nagrania stworzone od ‘91, choć nikomu się do tego nie przyzna.

Można sporządzić wykres – im bardziej znane są nagrania Metalliki wśród fanów Metalliki, tym bardziej przez fanów Metalliki są hejtowane, mimo że fani Metalliki znają je na pamięć i śpiewają, kiedy tylko zespół je zagra.

Trzeba zrozumieć to zjawisko, by wiedzieć, co się wydarzyło na PGE Narodowym 21 sierpnia 2019 roku. Do Warszawy przyjechał zespół doskonale przygotowany. Z sumą doświadczeń, świadomy swej roli, wyrachowany w dyrygowaniu tłumem. Przyjechał zespół, który – co paradoksalne – w tym czasie, kiedy teoretycznie wszystko co najważniejsze ma za sobą, gra najlepiej. Hetfield prawie nie fałszował, Hammett wysypał się delikatnie tylko w trzech momentach, a złośliwcy, którzy robią memy z napisem „get the fu***n’ drum machine” z twarzą Larsa Urlicha, mogli by się 21.08.19 zdziwić. Bezbłędny pozostaje najmłodszy z nich, czyli Robert Trujillo.

No dobra, bezbłędny nie był, kiedy przyszło do śpiewania „Snu o Warszawie”. Chcąc być obiektywnym, trzeba powiedzieć szczerze: uroczy i sympatyczny basista kwartetu z San Francisco momentami masakrował legendarne polskie nagranie. Ale nie czystość, precyzja i finezja były tu ważne. Liczył się gest, oddanie hołdu. A przyznam się szczerze – na koniec „Snu o Warszawie”, kiedy na ekranie pojawiło się zdjęcie Czesława Niemena, trzeba było być cynikiem lub/i bezuczuciowcem, by nie poczuć nawet lekkiego wzruszenia.

Koncertowy repertuar Metalliki należy podzielić na trzy części: klasyki, które są grane niemal każdego razu, nagrania powracające co czas jakiś i ciekawostki.

Pierwsza grupa posiada przygotowane na gigantycznych rozmiarów ekranie wizualizacje, bajery lub inne lasery. Druga i trzecia to zazwyczaj zbliżenia i kadry na muzyków. Oczywiście efekty przy „One” robiły wrażenie, ale przyznam się, że najmocniej pamiętam to, co wykonano na potrzeby „Harvester of Sorrow” oraz „Sad But True”. Mocne, proste, ale i z artystycznym smakiem wyświetlane kadry i animacje zapadają w pamięć i na nowo – mimo upływu ponadćwierćwiecza – zmuszają do myślenia.

Hetfield mówił na samym początku, że koncert będzie przejazdem przez karierę grupy. Do kompletu zabrakło tylko kompozycji z albumu „Load”. Oczywiście najwięcej nagrań było z ostatniej płyty – trzeba pamiętać, że to wciąż trasa promująca „Hardwired… To Self-Destruct”.

Narodowy, z poziomu płyty, z której obserwowałem koncert, wreszcie brzmiał. Słychać było selektywnie każdego z muzyków. Aż chce się zapytać: można? Można!

Co robi Metallica na koncertach w 2019 roku? To trudna sztuka – pogodzić wymagania tych, którzy przychodzą tylko rytmicznie pokręcić łbami i zadowolić tych, którzy wśród fanów metalu aspirują do grona filozofów i interpretatorów gatunku. Po latach zmagań Metallica nauczyła się zadowalać obie grupy klientów. Oczywiście (chyba sam zespół to wie) są w tym momencie grupy o wiele bardziej kreatywne, pomysłowe, wnoszące. Żadna z nich, jeszcze przez długo, nie będzie miała – stety czy niestety – statusu Metalliki.

I czy to zabawa sentymentem, czy to siła wielkiego, autentycznie wspaniałego nagrania, pewnie za dziesięć lat znów zawołamy „Take my hand…. Up to never, Neveland!