Patti Smith wygląda jak córka szamana, Willie Nelson – jak biały mędrzec indiańskiej wioski, Neil Young – najstarszy kowboj w wiosce, a Beach Boys – emerytowani plażowicze. Nie tylko ich widok powoduje, że przenosimy się w czasie. Najnowsze płyty wspominanych muzyków też spoglądają wstecz. To powrót do okresu, kiedy dla wszystkich mottem wydawały się słowa Patti Smith: – W muzyce najważniejsza jest szczerość.

Poza społeczeństwem

Najnowszy, jedenasty studyjny album "Banga" to dla Patti Smith charakterystyczny mariaż: świetne, nawiązujące do sztuki i faktów teksty plus undergroundowe, surowe brzmienie tonowane momentami balladami. Śpiewając o Amy Winehouse, odnosząc się do literatury (przydomek "Banga" nosił pies Poncjusza Piłata w powieści "Mistrz i Małgorzata") i filmu (sam za siebie mówiący tytuł numeru "Tarkovsky") przypomina, że od zawsze była na bieżąco z alternatywną, szczerą sztuką. Kiedy mieszkała w legendarnym Chelsea Hotel w Nowym Jorku, na początku lat 70. poznała Andy Warhola, Salvadora Dalego, Williama Burroughsa, Janis Joplin. Wplatając się w nowojorską nową falę, zaczęła na scenie melodeklamować swoje wiersze.

Wreszcie w 1975 roku nagrała debiut "Horses", który stał się punktem zwrotnym w rockowej muzyce opanowanej przez "prawdziwych mężczyzn" w stylu Bruce'a Springsteena i członków Aerosmith. Ubrana w męskim stylu Patti pokazała bezkompromisowe podejście do muzyki, bez mizdrzenia się do publiki. Wymownie śpiewała w nowofalowym hymnie "Rock'N Roll Nigger" ze swojej trzeciej płyty "Easter": – Poza społeczeństwem – to tam jest moje miejsce. Taka jest też na płycie "Banga". Poza głównym nurtem. Album kończy coverem numeru "After the Gold Rush" z trzeciej płyty, o tym samym tytule, innego piewcy prawdziwości Neila Younga.

Sposobem bezkompromisowość

Young jest co prawda Kanadyjczykiem, ale jak mało kto przekonująco opisuje Amerykę. Od ponad czterdziestu lat mieszka w Stanach Zjednoczonych, jego trójka dzieci ma amerykańskie obywatelstwo, a jego twórczość osadzona jest w amerykańskiej tradycji tak mocno jak Indianie. Pisał o masakrze studentów w Kent ("Ohio"), wściekał się na Amerykę Reagana ("Rockin' in the Free World"), nie był mu obojętny na los Indian ("Pocahontas"). Do amerykańskiej historii, choć w inny sposób, odwołał się również na swoim ostatnim albumie z grupą Crazy Horse "Americana".

To zbiór folkowo-countrowych północnoamerykańskich klasyków w stylu XIX-wiecznych "Oh Susannah" czy "Clementine". Jest też tradycyjne "Gallows Pole" grane swego czasu przez Led Zeppelin i przebój doo-wop z lat 50. "Get a Job". A na deser nie mniej przekorne niż wersja Sex Pistols "God Save the Queen" – Young jako Kanadyjczyk jest przecież poddanym brytyjskiej królowej. Bezkompromisowość to w przypadku Neila równie charakterystyczna cecha co pracowitość. Kolejne płyty nagrywa prawie co roku. W tym nie dość, że wydał "Americana", to jeszcze pracował przy filmie dokumentującym trasę koncertową, a w październiku ma się ukazać jego pierwsza książka "Waging Heavy Peace" i kolejna nowa płyta.

Country i plażowicze

Nie mniejszą żywotnością może pochwalić się inny muzyczny weteran Willie Nelson. W ciągu ostatnich 10 lat jego nazwisko pojawiło się aż na 27 płytach. Swoją ostatnią, solową wypełnił w części coverami. Śpiewa je w rozleniwionym, country'owym stylu jak w latach 60. Czy to jest "Just Breathe" z repertuaru Pearl Jam, "The Scientist" Coldplay czy "Come On Up to The House" Toma Waitsa. Na płytę Nelson zaprosił swoich dwóch synów – Lukasa i Micaha – oraz Krisa Kristoffersona, a nawet Snoop Dogga. Najstarszy z opisywanych tu muzyków, 79-letni Nelson po raz kolejny pokazał, że jest otwarty na nowe twarze i współpracę, ale przy tym wierny swoim ideałom i stylistyce.

Podobnie jak Beach Boys, którzy 50-lecie działalności uczcili nowym albumem "That's Why God Made the Radio". Tak jak wymienieni wyżej artyści pozostali na nim wierni swojemu stylowi, tak różnemu od tego, co grają Smith, Young i Nelson. Na pierwszej od dwóch dekad płycie, w dodatku nagranej przy udziale wszystkich żyjących członków oryginalnego składu, czarują tym, czym zachwycili lubiącą gorący piasek, morze i skąpe stroje młodzież lat 70.: melodyjnym, leniwym graniem. Pościelówy na zmianę ze skocznymi numerami ze wstawkami typu "uuu" i "ooo". Pop w najczystszej postaci. Zupełnie jak 40 lat temu najnowszy album Beach Boys trafił na trzecie miejsce listy Billboard 200.

Każdy ze wspomnianych muzycznych emerytów doskonale pokazuje, jak odnaleźć się we współczesnym show-biznesie. Trzeba być szczerym. Bez względu, czy grasz mydlany popik, rockową alternatywę, czy tradycyjne country. Dobrze, że tacy muzycy nie kończą karier w momencie pojawienia się pierwszych siwych włosów.