Od miesiąca wydawana jest "Antologia" z pani repertuarem, również z pierwszymi płytami z lat 70. i 80. Czuje pani tremę?

Maryla Rodowicz: Czuję wielką radość, że nareszcie fani poznają całą moją twórczość, a jest tego trochę (śmiech).

Skąd pomysł na wydanie wszystkich swoich ważnych piosenek?

Moje płyty z lat 1970-1990 były wydawane na winylach. Ten okres przepadł, tych płyt nie ma dziś w handlu. Ludzie ciągle mnie pytają o te stare piosenki i postanowiłam z moim wydawcą, firmą Universal wyjść naprzeciw oczekiwaniom. Zawsze nagrywałam za dużo. Niosłam do radia kilka utworów, nagrywałam, lansowany był jeden, a reszta gdzieś przepadała. Takich piosenek nazbierałam ok. 900, a wybrałam z nich ok. 200 i to one będą na płytach zatytułowanych "Rarytasy"

Jest szansa, że któraś z tych piosenek stanie się po latach przebojem?

Może niekoniecznie od razu przebojem, ale wierzę, że ludzie słuchając tych płyt nagle stwierdzą, że to piękne piosenki, których wcześniej nie znali. Przebojami stawały się utwory dobrze promowane, co nie znaczy, że inne są gorsze. Może miały mniej szczęścia?

Tak jak teksty Agnieszki Osieckiej, które wiele lat trzymała pani w piwnicy?

Nie dowiedziałabym się o istnieniu takiego skarbu, gdyby nie fakt, że postanowiłam w końcu uporządkować swoje archiwum. A niedawno Biblioteka Narodowa poprosiła mnie o udostępnienie całego dorobku, tysiąca zdjęć, tekstów, rękopisów Agnieszki Osieckiej. Agnieszka towarzyszyła mi w niejednej trasie koncertowej, spędzałyśmy razem mnóstwo czasu, spotykałyśmy się niemal codziennie – pozostały pamiątki.

Lubi się pani z nimi rozstawać?

Mam taki futerał od gitary, pół świata z nim zjeździłam. Widać na nim ząb czasu i ślad historii. Gromadzę rzeczy, ale do biblioteki ten futerał chętnie oddam, bo to godne miejsce.

Tenisiści po meczu rzucają publiczności ręcznik i frotki na pamiątkę. A pani rozdaje prezenty swoim fanom?

Ale co ja miałabym rzucić? Stanik? (śmiech). Czasami ludzie krzyczą: "rzuć kapelusz!" No, ale ile musiałabym mieć tych kapeluszy w swojej koncertowej garderobie? I tak zdarza się, że kapelusz znika...

Na scenie spędziła już pani ponad 40 lat. Antologia, o której mówimy, to rodzaj takiego podsumowania. Nie ciąży to pani?

To wydawnictwo to ukłon w stronę mojej publiczności, dowód na istnienie, pokazanie całego dorobku muzycznego. Przygotowaliśmy też wersje elektroniczne moich piosenek do ściągnięcia z iTunes. To nowa technologia – chodzi o to, żeby ludzie mogli posłuchać sobie pojedynczych utworów.

Kiedyś znakomity tekściarz Jacek Cygan powiedział mi, że nie istnieje przepis na przebój, bo gdyby istniał, to każdy mógłby przebój na zawołanie napisać. To prawda?

Ogólnie wiadomo, co piosenka musi mieć, żeby ludzie ja pokochali. Linia melodyczna powinna być logicznie wymyślona, mocny, chwytliwy refren i tekst napisany w sposób prosty, niezawiły, a jednocześnie literacko sensowny.

A zdarzyło się pani nie poznać na jakiejś kompozycji? Odrzuciła pani coś, a potem okazało się, że to jednak wielki przebój?

Zazwyczaj czuję, ale pamiętam taką sytuację sprzed laty. Byłam u Seweryna Krajewskiego z Agnieszką Osiecką. Powiedział: "Maryla! Posłuchaj!" i zagrał "Nie spoczniemy". Chcesz? Ja na to.. eee tam, taka harcerska melodia, no nie wiem. Agnieszka napisała słowa i powstał wielki przebój, tyle, że nie mój...

Nie wszystko pasowało do pani repertuaru?

Na początku kariery miałam ambicję, żeby śpiewać protest songi, żeby zmieniać świat jak Bob Dylan i nie wszystkie piosenki – choć podobały się ludziom – decydowałam się umieszczać na swoich płytach.

Poproszę o przykład.

W roku 1970, mimo że piosenka "Jadą wozy kolorowe" stała się wielkim przebojem, nie umieściłam jej na płytach z tego okresu. Uważałam ją za zbyt popową, mimo że w Rosji np. była symbolem wolności, niezależności. Podobny los spotkał "Kolorowe jarmarki", czy "Futbol". Za to teraz te utwory znajdą się na specjalnych płytach, na Rarytasach.

Kompozytorem "Kolorowych jarmarków" jest Janusz Laskowski. Piosenka jest kojarzona z pani repertuarem, ale każde jej zaśpiewanie przez panią, a nawet odtworzenie publiczne to pieniądze na koncie jej kompozytora.

I bardzo dobrze, w ogóle mnie to nie boli. Czytałam niedawno wywiad z Januszem Laskowskim. Mówił w nim, że bardzo się cieszy, że ten utwór tak wylansowałam, miał tylko żal, że na festiwalu w Sopocie 1977 roku nie zostało zapowiedziane, że to jest jego kompozycja.

Kiedyś w wywiadzie Jerzy Stuhr opowiadał mi, że ludzie oferują mu spore stawki za bycie wodzirejem na weselach. A pani dostaje propozycje śpiewania dla prywatnych osób?

Zamknięty koncert kosztuje astronomicznie dużo. Największym artystom zdarza się zaśpiewać na prywatnych przyjęciach, ale takie przedsięwzięcie to wiele tirów aparatury, świateł, wybudowanie sceny – to wszystko kosztuje

Zawsze można pójść na kompromisy?

Na przykład jakie?

Mikrofon, gitara i cała sala śpiewa z nami...

No nie. Nie ma znaczenia, czy gram w małej gminie, czy w Sali Kongresowej – technicznie musi to być na najwyższym poziomie.