Dziennik Gazeta Prawana logo

Sixto Rodriguez – Kopciuszek muzycznego biznesu

22 lutego 2013, 11:12
Ten tekst przeczytasz w 4 minuty
Sugar Man
Sugar Man/Media
Nie zabiegał o sławę, ale zasłużył na nią jak mało kto. Poznajcie nowego-starego mistrza Sixto Rodrigueza.

Ponad pół miliona wyników dla jego nazwiska w Google. Ponad półtora miliona odsłon jego piosenki "Sugar Man" na YouTube. Kilka stron na Facebooku, wiele tysięcy like'ów. Do tego kilkadziesiąt koncertów w planie, w tym na tak prestiżowych festiwalach jak Primavera czy Glastonbury. Jest jeszcze ktoś, kto ma wątpliwości, że Sixto Rodriguez to wielka gwiazda? Oczywiście duża w tym zasługa dokumentu "Sugar Man", który pokazał muzyka całemu świata. I słusznie, bo mało jest osób, które zasłużyły na sławę tak jak on i równie mało jest takich, którzy mają ją gdzieś.

Urodził się w 1942 roku w Detroit, w rodzinie meksykańskich imigrantów, którzy przyjechali do miasta Forda w latach 20., by w nim szukać pracy. Jako szóste dziecko otrzymał imię Sixto. Studiował filozofię i chłonął rock'n'rolla, folk i bluesa, jakimi brzmiało miasto. Na latynoskich muzyków, mówiąc delikatnie, nie było wtedy jednak popytu. Rządził klimat rodem z wytwórni Motown. Mimo to Sixto jako Rod Riguez w małej wytwórni nagrał swojego pierwszego singla "I'll Slip Away". Trzy lata później podpisał kontrakt z dużym wydawcą i zarejestrował dwa albumy "Cold Fact" (1970) i rok później "Coming From Reality".

Producent tej drugiej Steve Rowland mówi w dokumencie "Sugar Man": – . Dwie płyty Sixto zyskały mieszane recenzje, ale przede wszystkim beznadziejnie się sprzedawały. Rodriguez zajął się pracą fizyczną, m.in. dekarza, i wychowaniem córek, którym zawsze próbował pokazać, że nie muszą się wstydzić swojego pochodzenia. Angażował się też w politykę, próbował nawet kandydować na burmistrza Detroit.

Jego muzyka jakimś sposobem zawędrowała jednak do RPA i Australii. Na Antypodach zagrał nawet kilka koncertów. W 1979 roku jako support Mark Gillespie Band i ponownie dwa lata później. Ukazały się tam też jego koncertowe nagrania, na krążku "Alive". Nie zmieniło to materialnego statusu Sixto, rodzina żyła, ledwo wiążąc koniec z końcem. Na całe lata 80. zniknął.

Nie wszędzie jednak. W RPA stał się legendą, podporą walki z apartheidem, choć sam nic o tym nie wiedział. Jego płyty sprzedawały się w milionach egzemplarzy. W zamkniętym kraju nie było możliwości dotarcia do niego, więc nikt nie wiedział, kim naprawdę jest. Oczywiście tamtejsze wytwórnie nie kontaktowały się z nim w sprawie tantiem. Na początku lat 90. w RPA ukazały się jego płyty na CD, także w ogromnych nakładach. Wreszcie, wraz ze zmianą ustroju, fani rozpoczęli próby poznania historii artysty, którego muzyka gościła na każdej prywatce w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat.

W filmie "Sugar Man" jeden z mieszkańców RPA mówi nawet, że płyta Rodrigueza stała w każdym domu, tuż obok winylu The Beatles. W kraju krążyły legendy o tragicznej śmierci muzyka. W jednej z wersji miał się zastrzelić na scenie podczas nieudanego koncertu. Powstała specjalna strona poszukiwań prawdy o Rodriguezie, jego podobizny znalazły się nawet na opakowaniach po mleku. Wreszcie o poszukiwaniach dowiedziała się córka Sixto. Tym sposobem Rodriguez przyjechał w 1998 roku na kilka koncertów do RPA. Witano go jak megagwiazdę, zresztą sprzedał tam więcej płyt niż Bob Dylan i Rolling Stones razem wzięci. Z całą rodziną był wożony limuzyną, mieszkał w drogich hotelach, a jego koncerty przy pełnych salach rozpoczynały się kilkuminutowymi owacjami. Ubrany na czarno, niczym Johnny Cash, Sixto w zasadzie nie musiał śpiewać, wystarczyło, że był. Kariera nabierała tempa. Ponownie wydano jego płyty w Stanach. Samplowano jego numery (robił to m.in. Nas), wykorzystywano w kinie ("Candy" z Heathem Ledgerem), on sam grywał coraz więcej koncertów.

Kolejną trampoliną w muzyczny świat okazał się dla niego dokument "Sugar Man". W związku z nim wyszła płyta "Searching fot Sugar Man" zbierająca materiał z jego dwóch albumów z lat 70. oraz dodatkowo trzy numery nagrane później. Każda z tych piosenek ma niesamowitą siłę. To z pozoru proste kompozycje, oparte przede wszystkim na akustycznej gitarze. Wokal Sixto jest tu najważniejszy. Przejmujący, wzruszający, w stylu Jose Feliciano, brzmiący jakby Rodriguez specjalnie się nie wysilał. Dużo bardziej ciepły od wokalu Boba Dylana, jednocześnie równie głęboki w treści. Doskonale pokazuje to scena w "Sugar Man", kiedy jego piosenkę "Cause" puszcza wspomniany Steve Rowland. Wzrusza się już przy pierwszej linijce, tak jak cała widownia w kinie. Panowie zapowiadają wspólną pracę nad nowym krążkiem Sixto. Tym razem ich album na pewno nie przejdzie bez echa, nigdzie.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło Dziennik Gazeta Prawna
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj