Pochodzicie z różnych muzycznych światów. Boris to król syntetycznych dźwięków, Malia – wokalistka, która śpiewała jazzowe standardy Niny Simone. Gdzie jest punkt styczny tych muzycznych dróg, jak udało się go osiągnąć?
Boris Blank: Zaraz, zaraz, jazz wcale nie jest mi obcy. Już jako nastolatek słuchałem klasyków w stylu Johna Coltrane'a, Sun Ra czy Herbiego Hancocka. Właśnie m.in. dzięki Herbiemu zakochałem się w klawiszach, syntezatorach, przecież on był ich mistrzem. W niektórych nagraniach Yello też słychać jazzowe zagrywki. Jedno i drugie się dla mnie nie wyklucza. Jazz symbolizujący pewną tradycję potrafi się doskonale komponować z syntetycznymi dźwiękami. Nie jestem z tych, którzy zamykają się na jeden rodzaj muzyki, otwartość jest dla mnie niezwykle ważna i nasza wspólna płyta jest tego przykładem.
Malia: Pewnie powie ci to wielu muzyków, ale my nie doklejamy sobie łatek. Do mojego jazzowego śpiewu możesz dodać dźwięki trąbki albo odgłosy wydawane przez moją córkę czy elektronikę Borisa i to może dobrze funkcjonować. Nie powiedziałabym, że pochodzimy z różnych muzycznych światów.

Kto wpadł na pomysł tego projektu?
Boris: Przyjaciel zdradził mi, że Malia chce ze mną pracować.
Malia: Tak, i na początku Boris trochę marudził, bo cały czas realizuje różne projekty, nie tylko z Yello. Mi bardzo na nim zależało, bo chciałam pójść w innym kierunku, szukałam dla siebie jakiegoś nowego bodźca. Boris wydał się idealny. Znałam wcześniej dokonania Yello i bardzo podoba mi się ich kolaboracja z Shirley Bassey w "Rhythm Divine". Liczyłam na coś podobnego. Plusem tej współpracy było dla mnie też to, że mieszkaliśmy blisko siebie. Mogliśmy się spotykać w normalnych porach dnia, co było ważne dla mojej walki z chorobą.

Właśnie, podczas pracy nad "Convergence" zmagałaś się z rakiem. Przez to sam proces był bardzo trudny czy wręcz przeciwnie, pomagał ci w walce z chorobą?
Malia: Zdecydowanie to drugie. Bywało, że przychodziłam do studia w nie najlepszym stanie, czułam się bardzo źle, ale praca nad piosenkami pobudzała mnie i dodawała siły. Potrzebowałam wtedy muzyki.
Boris: Dostosowywaliśmy tempo pracy nad płytą do samopoczucia Malii, dlatego też trwało to trzy lata. Widziałem, że to dla niej bardzo ważne, dlatego starałem się nie naciskać, ale spokojnie pracować. Najpierw postanowiliśmy nagrać kilka piosenek i zobaczyć, w jaką to pójdzie stronę. Mam sporo materiału na swoim komputerze, myślę, że około stu niemal skończonych utworów, część przygotowywanych dla Yello, a część nienadających się do projektu z Dieterem Meierem, bo miały kobiecy klimat. Postanowiłem tą moją sakwę otworzyć dla Malii. Ona z kolei pokazała mi swoją skarbnicę z tekstami i tak zaczęliśmy się bawić trochę jak dzieci wymieniające się i pokazujące sobie swoje zabawki.

Wspomniany Dieter, z którym współtworzysz Yello, mówił w wywiadzie dla nas, że patrząc na ciebie w studio, widzi dziecko bawiące się na placu zabaw. Po kilkudziesięciu latach wciąż praca w studio daje ci tyle radości?
Boris: Absolutnie tak, to mój cały świat. Nie mógłbym sobie wymarzyć lepszego zajęcia. Nie wyobrażam sobie chodzenia codziennie w jakieś miejsce do pracy i słuchania wrzeszczącego na mnie szefa. Tutaj jestem szefem sam dla siebie. Za oknem mam mały lasek, ptaszki, czasami czuję się jak mnich w zakonie. Praca w studio jest dla mnie jak medytacja.

Ciekawe, że ty Malia o pracy nad "Convergence" też często mówisz o duchowych uniesieniach. Nazywasz waszą muzykę elektronic gospel. Co to dla ciebie znaczy?
Malia: Wynikło to z tego, że w tym czasie bardzo zbliżyłam się do Boga. To było dla mnie mistyczne doświadczenie. Słucham sporo muzyki gospel, która jest niezwykle uduchowiona. Podczas pracy myślałam o tym, że przecież mogę zostawić moją trzyletnią córkę samą, że mogę odejść. To powodowało, że płyta stawała się duchowym, trudno wytłumaczalnym doświadczeniem. Dopiero wtedy zrozumiałam istotę życia, jakkolwiek oczywiście płasko by to zabrzmiało. Zrozumiałam, jakie rzeczy są w życiu ważne i cenne. Cieszyłam się z samej możliwości oddychania, z tego, że są ludzie, którzy mnie kochają. To takie proste, ale często o tym zapominamy. Cieszę się, że do tego klimatu gospel Boris dodał swój elektroniczny świat.

Boris, a co zachęciło cię do pracy z Malią? Powiedziałeś w jednym z wywiadów, że głos jest jednym z najciekawszych instrumentów. Czym wobec tego zachęcił cię głos Malii, czym się wyróżnia?
Boris: Ma unikalną barwę, która w mainstreamie jest rzadko spotykana. Niski, jakby lekko przepalony głos, do tego otwarty.

Boris ma opinię perfekcjonisty. Jak ci się z nim pracowało?
Malia: Obyło się bez zgrzytów, ale pewnie dlatego, że jestem dziewczyną, a on jest dżentelmenem. To tak naprawdę ciepły, wyrozumiały facet, który po prostu wie, jaki chce osiągnąć efekt. W tym sensie jest perfekcjonistą. Poza tym w naszej pracy nie było żadnego ciśnienia. Postanowiliśmy najpierw spróbować zarejestrować jedną piosenkę, kolejną i dopiero po jakimś czasie pojawił się pomysł płyty.
Boris: To prawda, że praca była dość prosta, bo Malia jest piękną kobietą. Tak naprawdę nad utworem pracuję sam, a dopiero potem zapraszam wokalistę. Czy jest to Dieter, Shirley Bassey, Billy MacKenzie, czy Malia. Dieter mówi, że czasami wchodząc do studia, czuje się jak aktor zaproszony przez reżysera na plan i coś w tym jest.

A myślałeś, żeby zająć się reżyserią?
Boris: Tak naprawdę już to zacząłem. W okolicach lipca ma się ukazać mój solowy projekt. Mam wiele muzyki z ostatnich 30 lat, których do tej pory nikt nie słyszał. Pokażę to w wydawnictwie "Avant Garden Boris Blank". Złożą się na nie płyty CD, winyle, a nawet kaseta magnetofonowa. Mam ich całą masę z lat 70. i 80. Przygotowuje kolekcję nagrań z tamtych lat. Do tego dokładam filmiki, które sam nakręciłem i które nakręcili dla mnie zaproszeni goście.

Domyślam się, Malia, że jak wśród twoich fascynacji wymieniasz Billie Holiday i Ninę Simone, to też masz w domu kolekcję starych nagrań?
Malia: To prawda, jestem trochę staroświecka. Zbieram winyle, kupuję je w antykwariatach. Ostatnio udało mi się na przykład zdobyć analogi latynoamerykańskiej diwy Celii Cruz. Ale z drugiej strony nie unikam współczesnej muzyki. Uwielbiam chociażby dokonania brytyjskiej wokalistki Rumer.

Wracając do "Convergence" – znalazł się tam cover absolutnego klasyka "Fever". Malia, wykonywałaś już kompozycje Niny Simone, dlatego nie bałaś się pewnie zmierzyć z taką ikoniczną piosenką?
Malia: To Boris ją wybrał. Puścił mi swój beat, ja dołożyłam tekst, który doskonale znam na pamięć, i nagraliśmy ten numer chyba w dziesięć minut.
Boris: To był w zasadzie przypadek. Malia spieszyła się na samolot do Paryża. Miałem gotowy pewien podkład perkusyjny i postanowiłem jej szybko puścić. Malia zaśpiewała i od razu zagrało. Fakt, że to najszybciej nagrany numer na "Convergence". To zresztą chyba dopiero mój drugi cover. Wcześniej nagrałem jedynie "Jingle Bells".

W przypadku "Fever" poszło łatwo, ale pewnie nie przy każdej piosence było ci tak łatwo dopasować swój wokal do elektroniki Borisa.
Malia: Próbowaliśmy wiele numerów, myślę, że ogółem pracowaliśmy nad prawie trzydziestoma. Śpiewałam czysto instynktownie. Nie boję się wchodzić w coś, co na pozór wydaje się nie moją bajką. Szczególnie z taką osobą jak Boris. Traktuje to jako przygodę.

Jaka jest różnica w śpiewaniu do żywych instrumentów, a kreowaniu wokalizy do syntetycznych dźwięków?
Malia: Praca z żywym zespołem nie wymaga takiego dopracowania, doskonałości. Poszczególni muzycy i ich instrumenty żyją. Praca z komputerem to już bardzo precyzyjne śpiewanie, gdzie niespecjalnie można "polecieć". Zresztą ja lubię nagrywać całe numery, żeby odpowiednio czuć ich energię, a nie po kawałku i z tego złożyć piosenkę, jak to bywa w pracy z komputerem. Tutaj musieliśmy połączyć te dwa światy.

Jakiego sprzętu Boris używałeś w studio? Masz retroklawisze czy jesteś raczej orędownikiem nowości?
Boris: Bazuję raczej na współczesnym sprzęcie. Ostatnio odświeżyłem całe studio i od tego czasu więcej pracuję z pluginami. Retrosprzętu zostało mało, choć mam kilka starych syntezatorów, jakieś rolandy, które czasami wykorzystuję.

A nie myślałeś, żeby grać na normalnych, żywych instrumentach?
Boris: Gram na gitarze, basie, saksofonie, flecie, trochę na pianinie. Ale nigdy nie pociągały mnie tak jak studio. Ono jest moim najważniejszym instrumentem. Ostatnio używam też jako instrumentu telefonu i stworzonej przeze mnie aplikacji Yellofier. Pozwala w prosty sposób tworzyć dźwięki z hałasu, z tego, co nas otacza. Ludzie boją się zazwyczaj wyraźnych dźwięków, które słychać dookoła, odgłosów pociągów, silnych uderzeń, a z nich można przecież zrobić muzykę. Jak gdzieś przyjeżdżam, przemieszam się to non stop rejestruję. Stukam w ścianę i sprawdzam, jaki to daje dźwięk, jak brzmi i nagrywam. Jestem uzależniony od dźwięku. Wiem, że w Kalifornii są szkoły, gdzie używa się tej aplikacji do pracy z dziećmi. Nagrywają hałasy i robią z nich dźwięki. To przyszłość muzyki.

Pamiętasz może pierwszy dźwięk, który cię zachwycił, który zrobił na tobie wrażenie?
Boris: Jeszcze jako dziecko uwielbiałem chodzić po górach w Szwajcarii i nasłuchiwać echa swoich krzyków.

Czy jak zaczynałeś karierę, to działała w twoim rodzinnym Bernie albo w Zurychu scena elektroniczna, czy byłeś jedynym wariatem grającym na syntezatorach?
Boris:
Nie pamiętam, żeby istniało jakieś szczególne środowisko bliskie moim fascynacjom. Klawisze były używane w zespołach jako zwykły instrument, nikt nie opierał na nich swoich projektów. W słuchaniu i zachwycaniu się sceną industrialną z USA i Wysp Brytyjskich, wykonawcami typu The Normal (projekt Daniela Millera, założyciela wytwórni Mute, dla której nagrywają chociażby Depeche Mode – red.) byłem raczej odosobniony.

Malia, jak pracujesz nad tekstami? Zapisujesz pewne frazy, które później wykorzystujesz w tekstach, czy od razu myślisz nad ich całościową koncepcją?
Malia: Wiele z nich powstaje najpierw w formie wierszy. Czasami faktycznie zaczynam od pojedynczej frazy, ale reguły nie ma. Często powstają pod wpływem chwili. Tak było na przykład z numerem "Turner's Ship". Kiedy zobaczyłam obraz "Statek niewolniczy" brytyjskiego XIX-wiecznego malarza Williama Turnera, od razu wcisnęło mnie w ziemię. Problem niewolnictwa, braku życiowej szansy, nierówności bardzo mnie poruszył. Sporo czytałam też o wojnie domowej i ludobójstwie w Rwandzie i musiałam o tym opowiedzieć. Sądzę, że wszyscy odpowiadamy za nierówność, głód, pozbawienie dzieci marzeń i szansy i wszyscy jesteśmy zobligowani do pomocy.

Jest szansa, że zagracie materiał z "Convergence" na żywo?
Malia:
Ja zaprezentowałam już go kilka razy z towarzyszeniem gitar i perkusji na scenie. Niestety wciąż nie udaje mi się ubłagać Borisa, by wyszedł na scenę.
Boris:
Nie jestem muzykiem scenicznym. Gdybym miał grać koncerty, to musiałbym ustawić na scenie tyle sprzętu, że pewnie wystawałby zza niego tylko czubek mojej głowy i ludzie podziwialiby moją fryzurę. To chyba nie jest szczególnie atrakcyjne. Chociaż kilkanaście dni temu, kiedy odbieraliśmy nagrodę Echo w Niemczech za całokształt działalności Yello, daliśmy mały show. Najpierw nagrałem kilka dźwięków na scenie na telefon i dzięki mojej aplikacji złożyliśmy z tego piosenkę.

Czyli koncert mógłby wyglądać tak, że Malia stałaby przy mikrofonie, a Boris obok z telefonem w ręku.
Boris:
Chyba nie brzmi to specjalnie zachęcająco.