Marcin Cichoński: Zacznijmy od „T.Cover”, czyli płycie z piosenkami T.Love w wykonaniu innych artystów. Ty dostałaś nagranie z przydziału, czy sama zdecydowałaś co to będzie?

BOVSKA: Zostałam zaproszona i miałam dowolność wyboru, natomiast wiele utworów było już zajętych. Mogłam wykonać piosenkę „IV Liceum”, ale ta piosenka wydała mi się już troszeczkę niedzisiejsza.

Porwałaś się na utwór "Lucy Phere", który dla wielu fanów T.Love jest bardzo szczególny – często udostępniany w mediach społecznościowych, wiele osób pisze, że towarzyszył im w intymnych sytuacjach. Nie bałaś się odbioru?

Zupełnie się nie bałam. Wybrałam ten utwór również ze względu na to, że podoba mi się jego specyfika – to, że jest opowieścią. Nie ma kształtu klasycznej piosenki. Pozostawiał bardzo wiele możliwości interpretacji. Nie chciałam konkurować z opowieścią, jaką snuje Muniek. Jego narracja i sposób wypowiadania słów – cała legenda jest mocno zakorzeniona także w mojej podświadomości, człowieka, który w młodości wczesnej słuchał T.Love, że chciałam zmierzyć się z tym i stworzyć muzycznie nową wersję.

O której wyjdziesz na scenę w Gdyni podczas Sylwestra?

Mocna zmiana tematu (śmiech). Myślę, że około 22:00. Organek gra na finał, na czas odliczania do północy, ja wcześniej pojawię się na scenie na Skwerze Kościuszki.

By podkręcić u ciebie tremę. Tysiące ludzi do Trójmiasta przyjedzie specjalnie na Sylwestra. Patrząc na to - przygotowujesz się specjalnie? Myślisz o repertuarze? Czy wychodzisz i grasz hit za hitem i parę coverów?

(śmiech) Nie, w życiu zagrałam dwa covery, które zostały nagrane, więc nie będę po nie sięgać. Natomiast – jak zwykle w Sylwestra – materiał jest trochę krótszy niż na każdym koncercie, by wszystko zmieściło się w czasie. Te pięćdziesiąt minut grania to będzie energia w pigułce. Oczywiście nie zabraknie „Kaktusa”, ale uraczę słuchaczy przede wszystkim „Kęsami”, bo tu większość utworów jest bardzo energetyczna – jest w nich ogień.

Pytanie podchwytliwe – a przeszkadza ci, że o 22:00 to już procenty wśród publiczności mogą szaleć?

W ogóle mi to nie przeszkadza, wręcz się z tego cieszę. Ludzie będą się jeszcze lepiej bawić i jeszcze lepiej będą im nóżki do tego chodzić. Oczywiście nie zachęcam do nadużywania procentów lub innych substancji, ale uważam, że akurat Sylwester jest okazją, że te bąbelki można w siebie wlać, jeśli ktoś ma taką chęć. Kiedy, jak nie wtedy.

Przed chwilą zakończyła się jesienna trasa koncertowa „Kęsów” – powiedz jak odbiór? Jakie masz przemyślenia po koncertach?

Wydaje mi się, że jest to materiał znacznie bardziej komunikatywny względem mojej drugiej płyty. Zaskakująco szybko ludzie zaczęli też śpiewać te piosenki, co za każdym razem w klubie mnie chwyta za serce. Liczę na to, że podczas wiosennych koncertów będą już wszystko znać na pamięć. (śmiech) Dla mnie to jest super, bo konfrontacja z materiałem jest wyznacznikiem tego, czym naprawdę są te piosenki i jak można je rozwijać. Na koncertach nie brakuje też improwizacji instrumentalnych ze strony moich muzyków – np. Pawła Dobrowolskiego w piosence „Bez cukru” i Jana Smoczyńskiego. Mam też sygnały od ludzi, jak reagują – np. że „XYZ” czy „Gdy na mnie patrzysz” potrafią się wzruszać. Dla mnie to są ważne momenty i naprawdę czekam na kolejne koncerty, bo one stanowią istotną treść mojej egzystencji.

Na scenie i nie tylko bardzo dbasz o stronę wizualną. Zdarza się już, że fani podobni reagują, szykując się specjalnie na koncerty?

Są tacy, którzy mają napisane na koszulkach Bovska. To jest wspaniałe, bo ja sama tych koszulek nie wyprodukowałam. Oni sami to zrobili i wyprodukowali. To jest bardzo miłe. Ludzie przychodzą też z moimi płytami, z prośbą, by je podpisać, np. z pudełkiem ręcznie numerowanym „Kaktus ekstra”. To jest naprawdę wzruszające. Nie przychodzą specjalnie przygotowani jeśli chodzi o ubranie, ale ja tego nie wymagam, bo wydaje mi się, że to nie o to chodzi. Chodzi o to, by swobodnie mogli uczestniczyć w tym, co podaję im ze sceny.

Zdarzyło ci się, nie tylko w przypadku „Kaktusa”, że twoje nagrania towarzyszą opowieściom na ekranie.

Tak – piosenka „The Man with an Unknown Soul” została wykorzystana w filmie „Planeta singli”. To jest jedna z moich najstarszych kompozycji, którą z sentymentu umieściłam na płycie „Kaktus” – jedyna śpiewana po angielsku. Udało mi się napisać też piosenkę bezpośrednio do filmu, na zamówienie. To „Na niby” do filmu „Narzeczony na niby”. Jedno i drugie to komedia romantyczna. Piosenka znalazła się jako bonus track na płycie „Kęsy” i ma całkiem sporo milionów odtworzeń na Youtubie. Cieszę się, że „Kimchi” okazuje się jego dobrym następcą.

Jakbyś podsumowała swój rok 2018? Prowokacyjnie zapytam – udało ci się odbić od „Kaktusa”?

Nie mnie to oceniać. Od „Kaktusa” nie muszę się odbijać. Kontynuuję drogę poprzez ewolucję. Mam takie odczucie, że treść przez płytę „Kęsy” jest intensywna i jest w stenie dać odbiorcy równie dużo, co poprzednie piosenki. A rok był dla mnie bardzo owocny. Ale myślę, że był owocny dla całej polskiej sceny muzycznej. Mieliśmy dużo premier oczekiwanych od wielu sezonów. Jesień wyjątkowo obrodziła w premiery.

A gdybym cię zapytał o twój prywatny top tego roku?

Wyróżniłabym Mikromusic, Dawida Podsiadło za „Małomiasteczkowego” – ten chłopak ma w sobie coś, co mnie urzeka, jak zresztą całą Polskę. Ja się na to również łapię. Wskazałbym „Bastę” i Nosowską.