Większość Polaków opinię o polskiej muzyce wyrabia sobie na podstawie masowych mediów. To, co na antenie najpopularniejszych rozgłośni, to co podczas telewizyjnych gal, Sopotu, Opola i innych chałturżniczych okoliczności buduje w głowach ludzi świat oparty na haśle: „ja to znam, więc jest to znane”. Jubileusz, Słodkiego Miłego Życia, Benefis, Diamentowy Kolczyk za całokształt – ten obraz buduje się po to, by zaistnieć. Zaistnienie zaś pozwala na granie koncertów na dniach miast i wsi, daje stały i w miarę stabilny dochód.

O tym, że prawdziwe polskie muzyczne życie jest gdzie indziej pisaliśmy już nie raz. Suma nisz tworzy dziś rynek silniejszy i trwalszy. Na muzycznym krajowym podwórku liczą się długofalowo ci, którzy grają dziesiątki, nawet setki biletowanych koncertów, ich płyty przed premierami stają się złote i platynowe. Z drugiej strony – w setkach polskich studiów nagraniowych na coraz lepszym poziomie nagrywane są albumy z muzyką elektroniczną i ilustracyjną. Polski jazz i metal jest w cenie na świecie, a jedyne na co można (a nawet trzeba) utyskiwać to poziom polskiego rocka.

W 2018 roku polska scena muzyczna przeżyła kilka wydarzeń, które zmieniają ją – miejmy nadzieję – w sposób stały. Dawid Podsiadło w 10 minut sprzedał 100 tysięcy biletów na swe występy, Quebonafide bez problemu sprzedali trasę w wielkich halach, a Miushowi zamarzył się koncert stadionowy. Realizacja już w tym roku.

To wszystko pokazuje poziom rynku. Kwestią czasu wydaje się to, by ktoś został „muzycznym Pawlikowskim” i stał się nazwiskiem rozpoznawalnym dla każdego fana muzyki na świecie. Dlaczego więc posumowanie takich okoliczności i celebracja takiego wydarzenia jak ćwierćwiecze Fryderyków miałoby się odbyć gdzieś na uboczu? Katowice i Spodek są miejscem idealnym, a grupy fanów (miejmy nadzieję) żywiołowo reagujące na to, co na scenie, stworzą atmosferę.

Fryderyki po wielu latach meandrów zamianą w trzydniowy festiwal wychodzą na prostą. Z imprezy hermetycznej, pokazywanej gdzieś koło północy w telewizji publicznej zamieniają się w wielką uroczystość, wydarzenie otwarte. Przeniesienie ich do TVN (a w zasadzie powrót – pamiętacie, jak jednym z prowadzących był Tomasz Zubilewicz) jest szansą dla wszystkich.

Dla Fryderyków – obecność w takiej stacji (i uporczywy PR robiony m.in. przez RMF FM) to odzyskiwanie należnego blasku.

Dla TVN, który dostawał po tyłku w wynikach oglądalności sylwestrowych transmisji telewizyjnych, to szansa na pokazanie, że można być glamour i posh, można nie zapraszać Zenka i Sławomira i zrobić show, który obejrzą wszyscy.

I dla ludzi, którzy popatrzą na gwiazdy (m.in. Dawid Podsiadło, Organek, Brodka, ale też Edyta Górniak i Landberry). l dowiedzą się, że istnieje ktoś taki jak Urbański, Pro8l3m, Barbara Wrońska czy XxanaxX. Oczywiście nie uwierzę, że od razu pobiegną do sklepu i kupią ich płyty, ale na pewno dowiedzą się, że to, czego się w Polsce słucha, wygląda jakby trochę inaczej niż mogło się wydawać. 

------

Transmisję z gali wręczania TVN rozpocznie w sobotę, 9 marca o 20:00. W katowickim MCK festiwal potrwa dłużej, bo aż trzy dni.