MARCIN CICHOŃSKI: Dlaczego „Sam”?

MACIEK WASIO: Trochę przekornie. Nie jest to płyta, którą zrobiłem sam. Zrobiłem to z bandą przyjaciół za placami i jestem z tego bardzo dumny. Każdy, kto mnie zna, wie jaką przekorną bestią jestem. Z tej natury wynika tytuł.

To też wysyłanie sygnału, że etap OCN czy Oceanu jest zakończony.

Nie mam pomysłu na to, aby Ocean wrócił w jakiejkolwiek formie. Ale to jest status na dziś. Bo w mojej przekornej głowie może się wszystko wydarzyć. Pamiętam, jak rozmawiałem ze swoją przyjaciółką, że nie mam pomysłu na nową płytę OCN, ale mam pomysł na album solowego projektu. Powiedziała mi: „to decyzja jest w zasadzie podjęta za ciebie”. I jej się trzymam.

Czy mi się wydaje, czy uszami i głową siedzisz głównie w Ameryce, w Stanach? I tam nasłuchujesz dźwięków, które cię inspirują?

Kompletnie mnie geografia nie interesuje. Nie interesuje mnie też gatunek, lokalizacja, z której ta muzyka pochodzi – bardziej interesuje mnie to, czy muzyka na mnie działa, czy nie działa. Niezależnie od estetyki dźwięki mnie inspirują lub nie. Jestem fanem różnych rzeczy – od bardzo dziwnych, deathmetalowych sytuacji po minimalistów, po poetyckie sytuacje. Jestem trudnym napastnikiem.

Pytam, bo ta płyta brzmi, jakbyś tam siedział przez dłuższy czas i się nasłuchał. Przy okazji wygląda na to, że produkcja staje się twoim konikiem. Długo siedziałeś i dopieszczałeś?

Nic. Zagraliśmy to i nagraliśmy w dwa lub trzy dni. Potem pojechałem z materiałem do Marcina Borsa – zaśpiewać i wyprodukować to wspólnie. Bardziej interesowało nas znalezienie na to pomysłu. Interesowało nas, by to brzmiało jak najbardziej organicznie, tak jak brzmią nasze instrumenty. Nie wiem, czy może dziesięć wtyczek jest zapiętych na całym materiale, ale tak gramy i brzmimy. Odbyliśmy z Marcinem długą rozmowę – po 20 latach nasze drogi znów się zeszły. W jednym pomieszczeniu spotkały się dwa duże psy. To było ciekawe, jak praca się ułożyła, bo my nie musieliśmy ze sobą rozmawiać – każdy wiedział, co ma robić.

Marcin ma taką naturę, że lubi przekonywać, by wszystko wywrócić do góry nogami.

Tak, kiedy musi. Tu mam wrażenie, że nie było takiej potrzeby. Kiedy wszyscy wszystko przeinaczają, robią w stronę karykaturalnego vintage’u, musieliśmy zrobić coś, co będzie brzmiało… Tu postawię trzy kropki i powiem ci, że mój ojciec miał takie powiedzenie, że klasyczny, dobrze skrojony garnitur będzie modny cały czas. I o to chodziło z brzmieniem płyty „Sam”.

Obserwujesz to, czego się słucha w Polsce?

Nie.

To, co robisz, jest na przekór i na opak trendom.

Płytę zrobiłem dla siebie, dla własnej przyjemności, satysfakcji mojej i moich przyjaciół. Były duże zakusy publishingowo-finansowe co do tych piosenek. Gdybym chciał na tym zarobić większe pieniądze - była taka możliwość. Natomiast to są piosenki napisane dla mnie, dla mojej córki, dla mojej kobiety, dla mojego ojca, dla mnie.

Miałem wrażenie, że na ostatniej płycie OCN wywaliłeś wszystko kawa na ławę. Można było odczytać bardzo szybko, co się w twoim życiu dzieje. Teraz mam wrażenie, że trzeba czytać między wierszami, że schowałeś się za gardą…

…a to ciekawe. Mam odwrotne wrażenie. Nie wiem, czy można bardziej szczerze napisać piosenkę do córki, czy do ojca, czy do kobiety, z którą jest się 25 lat.

Może oni to odczytują, a obserwatorzy z boku nie.

Możliwe. Ale wiesz, nie ma tu żadnych założeń i kalkulacji. W ogóle nie było to wymyślone. Siadałem i pisałem. Nie maiłem ochoty coś tu zmieniać, bo patrzę w lustro i jakoś sobie wierzę. A to jest dla mnie najważniejsze.

Jak dobierasz artystów, z którymi współpracujesz? Bo pojawiłeś się w wielu zaskakujących – patrząc z boku – konfiguracjach.

Ja muszę w coś uwierzyć. Pamiętam, jak mieliśmy spotkanie z menadżmentem zespołu Afromental. Siedliśmy, spojrzeliśmy sobie w oczy, zostałem wytypowany jako producent po pierwszych rzeczach, które zrobiliśmy. I pamiętam, że zadałem pytanie – czy moja rola polega na tym, żeby wpuścić ich np. do RMF albo na listy przebojów, do Trójki. I czego oni ode mnie oczekują. Oni mi powiedzieli, że mam carte blanche, mogę robić co chcę. Użyłem sformułowania, którego się mocno trzymam, że chciałem byśmy mieli ciary przez większość czasu przebywania ze sobą. To jest klucz, który sobie dobieram. Ciary. I otwieranie ich czasem na nowe rzeczy i tworzenie czegoś unikalnego. Kompletnie mnie nie interesuje nieprzewidywalność rynku. To czy się to sprzeda czy nie sprzeda – to nie ma żadnego znaczenia. My mamy robić coś wyjątkowego i to czuć.

Ciężko się przekonuje do swoich koncepcji legendę rocka – Grzegorza Markowskiego?

Bardzo wierzę w pracę zespołową. To nie jest tak, że ja go przekonywałem do swoich koncepcji i byłem hegemonem, który narzuca swoje rozwiązania. Mnie bardziej interesowało, co Grzegorz chce powiedzieć – jakby to abstrakcyjnie nie brzmiało. Ważniejsze dla mnie jest to, że my po prostu dużo rozmawialiśmy: o życiu, o sobie, kim jesteśmy i co chcemy powiedzieć. To jest tylko efekt naszych dyskusji. Miałem na sobie duże brzemię odpowiedzialności, żeby tę płytę poskładać, by była w miarę spójna, w miarę interesująca. To było duże wyzwanie dla mnie i nie będę tego ukrywać. Ale cały czas twierdzę, że to jest płyta Grzegorza i Patrycji Markowskich. Byłem narzędziem, które to ukierunkowało. Pamiętam taką sytuację – oni grali koncert na Torwarze. Przyjechałem i napisałem tekst do piosenki „Na szczycie”, która miała być chyba bardziej na materiał „wasiowy”. Siedliśmy z Grzegorzem w garderobie i on opowiadał mi, jak się bardzo samotnie czuje. Pokazałem mu tekst, a jemu zeszkliły się oczy. Wtedy zrozumiałem, że o sobie dużo wiemy.

Nie chcę być nigdy kimś, kto steruje ruchami artystów bez ich wiedzy. Bardziej kumulatorem i katalizatorem tego, co przez nich przechodzi. Chciałbym produkcje, które przeze mnie przechodzą, tak traktować.

Wróćmy do materiału „Sam”. Jaki jest plan na koncerty?

Nasze podejście jest specyficzne, ponieważ bardzo chcemy grać wybrane, ekskluzywne imprezy. Takie, na których będą ludzie zainteresowani koncertem, przyjdą tylko na niego. Praktycznie unikamy sytuacji festiwalowych. Chciałbym, by ktoś na czterdzieści minut poświęcił mi swoją głowę.

Tylko tyle albo aż tyle.

Podjąłem męską decyzję nie wracania do materiału oceanowego, ale nie wykluczamy grania innych piosenek, które skomponowałem dla innych artystów, ale chciałbym to zatrzymać jako niespodziankę dla wszystkich, którzy przyjdą.

Z tej rozmowy, z płyty – w porównaniu do ostatniej płyty OCN - pokazuje się twój inny obraz. Dom został odnaleziony?

Jestem przeszczęśliwym facetem. Bardzo spełnionym. Demony ciągle drapią w szybę, natomiast mam fajny etap. Chyba bycie nad wyraz szczerym skurwysynem się opłaciło.