"Houston była nie jedną z…, tylko jedną jedyną królową muzyki pop. Żeńskim odpowiednikiem Michaela Jacksona” – napisał na blogu krytyk muzyczny Bartek Chaciński przy okazji premiery dokumentu "Whitney" Kevina Macdonalda w 2018 r.

Reklama

Królowa pop

A więc jednak ona miała zyskać tytuł największej – nie Madonna, która lubiła szczycić się statusem monarchini muzyki pop. W latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku obie gwiazdy stały na przeciwnych biegunach. Madonna – mając przeciętne umiejętności wokalne – konsekwentnie sterowała swoim scenicznym wizerunkiem. Desperacko walczyła o pierwszeństwo, uciekając się do prowokacji, eksperymentów, bez końca poszukując nowych powodów do szokowania opinii publicznej.

Whitney Houston była inna, zdawała się bezpretensjonalna i naturalna, choć w oczach świata miała wszystko – nieprawdopodobną barwę i skalę głosu, urodę i charyzmatyczny wdzięk na scenie. Branża muzyczna szybko zorientowała się, że ten diament trzeba umiejętnie oszlifować w brylant. Ale za to płaciło się cenę – Whitney była sterowana przez niemal całe swoje życie. O tym, co robiła, zawsze decydowali inni.

Reklama

W słynnym wywiadzie (2009) udzielonym Oprah Winfrey Houston przyznała, że przez całe życie nie miała nawet możliwości ubrać się w to, na co miała ochotę. Nad wszystkim czuwał sztab innych ludzi – rodziny, menedżerów, speców od wizerunku, stylizacji, makijażu… "Zawsze marzyłam, żeby choc raz wyjść na spacer, trzymając męża za rękę". Nie miała na to szans.

Reklama

Wtedy, gdy rozmawiała z Winfrey, wydawało się, że uwielbiana przez świat diwa wyszła wreszcie na prostą. Zakończyła toksyczny związek z Bobbym Brownem, promieniała optymizmem, zapowiedziała, że zgadza się odpowiedzieć na każde pytanie – nawet o uzależnienie od narkotyków, z którego miała się wreszcie wyzwolić. Nagrała nową płytę "I Look To You" (2009). Była dojrzała i, jak twierdziła, zamierzała odtąd żyć na własny rachunek i na własnych warunkach.

Ten tragiczny dzień

Niestety, dobra passa nie trwała długo. 11 lutego 2012 r. świat obiegła informacja, że Whitney Houston nie żyje. Znaleziono ją martwą w hotelowej wannie. Prawdopodobnie utonęła, odurzona narkotykami i mocnymi lekami. Świadkowie, którzy widzieli ją po raz ostatni (mieli to być przypadkowi goście Beverly Hilton Hotel), zeznali, że ostatniego wieczora Whitney zdawała się w dobrym nastroju, choć można było domyśleć się, że jest z nią źle. Piła dużo alkoholu, śmiała się, rozmawiała z ludźmi w barze. Tego, co dokładnie wydarzyło się po jej powrocie do pokoju, najprawdopodobniej nie dowiemy się nigdy.

Fanom trudno było posklejać obraz Whitney w spójną całość. Pamiętaliśmy ją jako młodziutką i pełną uroku gwiazdę pop. Potem piękną, choć dojrzalszą gwiazdę blockbustera "Bodyguard" u boku Kevina Costnera. Pamiętamy bestsellerową płytę z piosenkami z filmu i gwiazdę w rozkwicie swojej kariery. Oszałamiający w jej wykonaniu cover piosenki Dolly Parton "I Will Always Love You" stał się niekwestionowanym przebojem wszech czasów. Artystka pokazała w nim pełne spektrum swoich wokalnych możliwości – to był mistrzowski pokaz siły muzycznego talentu, triumf diwy, której nikt nie był w stanie dorównać. Wkrótce poślubiła tancerza i wokalistę R&B Bobby’ego Browna. Para doczekała się córki Bobby Kistiny Brown. Zdawało się, że artystka dostała wreszcie to, czego tak bardzo pragnęła – namiastkę normalności.

Whitney Houston przyszła na świat 9 sierpnia 1963 r. w Newark w New Jersey. Jej rodzina muzykowanie miała we krwi. Jej matka, Cissy Houston, była jedną z czołowych piosenkarek gospel, podobnie jak kuzynka Dionne Warwick. Obie często koncertowały z królową soulu Arethą Franklin, która została matką chrzestną dziewczynki. Dla Whitney śpiewanie było czymś naturalnym od najmłodszych lat. Jako jedenastolatka śpiewała w kościelnym chórze, a już trzy lata później zaczęła pojawiać się na scenie w nocnych klubach u boku swojej matki. Jako szesnastolatka wzięła udział w nagraniu przeboju Chaki Khan "I'm Every Woman".

Przełomowy rok

Przełomowy w życiu Houston był rok 1983. Talentem młodej wokalistki zachwycili się wówczas szefowie wytwórni Arista Records. Podpisali z nią ogólnoświatowy kontrakt, a potem ruszyła lawina przebojów: "You Give Good Love","I Wanna Dance with Somebody" czy "I'm Your Baby Tonight". Pierwsze trzy albumy - "Whitney Houston" (1985), "Whitney" (1987) i "I'm Your Baby Tonight" (1990) rozeszły się w łącznym nakładzie blisko 60 mln kopii.

Ale normalność, której tak bardzo pragnęła, była ułudą. Podobno pierwszy raz narkotyki podsunął jej Bobby Brown, a ona okazała się podatna na uzależnienia. Po 2000 r. pisma brukowe i internet zaczęły prześcigać się w publikowaniu zdjęć upadłej gwiazdy. Była wyniszczona, zdawało się, że postarzała się o kilkadziesiąt lat. A przecież tak niedawno lśniła w mediach jako rozpromieniona piękność.

Krytyk muzyczny Bartek Chaciński podkreśla, że Houston była jedną z pierwszych afroamerykańskich gwiazd, której udało się połączyć taneczną muzykę popową z nurtami gospel, soulu i R&B. Utorowała w ten sposób drogę swoim wybitnym następczyniom, jak choćby Alicia Keys i Beyoncé. Jak powiedział w rozmowie z PAP Chaciński, "Whitney Houston wielokrotnie mówiła o wiecznej zależności od innych. Prawdopodobnie byłaby w stanie funkcjonować jako samodzienla artystka. Pytanie, czy sprawdziłaby się jako autorka lub producentka. My poznawaliśmy ją bardziej jako produkt naszych czasów, a nie samodzielną, wolną osobowość sceniczną".

Jak ją zapamiętamy? Chaciński przekonuje, że tragiczny upadek diwy stanowi dopełnienie publicznego obrazu jej kariery. Na pewnym etapie zdawało się, że życie Whitney to bajka. Śmierć gwiazdy uświadomiła nam boleśnie, że każda bajka ma swój awers i rewers.

- Stała się ofiarą show-biznesu, który w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych otwierał kariery nieprawdopodobnie łatwo przeliczalne na pieniądze – podsumował Bartek Chaciński.