Dziennik Gazeta Prawana logo

Prawdopodobnie najlepsza płyta z tych, których nie posłuchają tłumy. Robert Plant "Carry Fire" [RECENZJA]

16 października 2017, 15:00
Ten tekst przeczytasz w 3 minuty
Robert Plant na festiwalu Sziget w Budapeszczie - sierpień 2017
Robert Plant na festiwalu Sziget w Budapeszczie - sierpień 2017/Shutterstock
Można życie artystyczne spędzać tak jak Sting, czy David Gilmour, odcinając kupony od gawiedzi, która chętniej słucha złotych przebojów niż poznaje nowe. Można i do końca dni (oby trwały jak najdłużej) poszukiwać i odkrywać. Nawet kosztem utraty fanów.

Była niegdyś taka scena podczas konferencji prasowej – Robert Plant spokojnie odpowiedał na pytania o aktualną działalność artystyczną. Jak to jednak bywa podczas spotkań z legendą – oczywistym było, że prędzej czy później ktoś się wyłamie i zahaczy jakoś słynne o „”. Gdy nieuchronne nadeszło, Plant podszedł do okna, otworzył je i zaczął krzyczeć (a ma on ci głos donośny) „

Wspominam o tym na początku tekstu, bo skróty myślowe, którymi podążają zarówno fani, jak i dziennikarze, muzyków wybitnych wykańczają. Wie o tym Paul Simon, wie o tym i Robert Plant, którzy w sposób makabryczny męczeni są o zamierzchłą przeszłość. Plant – trochę chyba wbrew sobie – zgodził się na reaktywację i niezwykłe koncerty pod szyldem Led Zeppelin, które pomóc miały w zamknięciu historii, uciszeniu pytań o rekina i „Schody do nieba”. I spokojnym rejestrowaniu głosów, które zagrają w głowie człowieka, który nic już nie musi, a swoje już udowodnił.

Plant, któremu w przyszłym roku stuknie siedemdziesiątka, już po raz drugi publikuje materiał, który nagrywa z zespołem Sensational Space Shifters (nazwy próżno szukać na okładce). Tak jak w przypadku krążka „” płyta brzmi bardzo naturalnie, spontanicznie, by nie użyć nadużywanego ostatnio określenia „organicznie”. Brzmienia zbliżają Planta do małych klubów, w których dystans pomiędzy odbiorcą, a wykonawca jest skrócony do minimum – sprawdźcie słuchając chociażby takiego „”. I być może tylko takie „” można określić mianem tzw. radiowego przeboju. Reszta to materia do zmagań sam na sam z sobą, ewentualnie kimś naprawdę duchowo bliskim.

Ale i dlatego na „” wielkich przebojów, które mogłyby rozbujać tłumy na stadionach nie odnajdziemy. Dużo jest natomiast nawiązań do folku i orientu, do muzyki źródeł. Jest też coś, co charakteryzuje dojrzałych i wielkich – Plant nigdzie się nie spieszy, opowieści snuje bez właściwej naszym czasom dosłowności i konieczności trafienia w nas pierwszym słowem i dźwiękami otwarcia. Album nie wiedzieć kiedy się kończy pozostawiając nas w poczuciu uczestniczenia w święcie, które skończyło się zdecydowanie za wcześnie. Tak jak Robert Plant gra dziś mało kto – zrozumiałe to o tyle, że trzeba swoje w życiu zagrać i skomponować, by dojść do takiego poziomu muzycznej świadomości. Być może przez długie lata nie pojawi się też nikt, kto do takiego poziomu będzie w stanie dojść.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Powiązane
Zapisz się na newsletter
Świadczenia, emerytury, podatki, zmiany przepisów, newsy gospodarcze... To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik Radzi. Chcesz się dowiedzieć, kto może przejść na wcześniejszą emeryturę? A może jakie ulgi można odliczyć od podatku? Kto może otrzymać środki w ramach renty wdowiej? Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj