Alicia znów to zrobiła. Korzystając z pomocy producentów Jeffa Bhaskera (Kanye West) i Kerry’ego "Kruciala" Brothersa, nagrała znakomitą płytę, choć temu krążkowi nie wróżono najlepiej. Artystka zmagała się z depresją, ze stratą bliskiej osoby, zawodem miłosnym, wreszcie - jak sama przyznaje - z pracoholizmem. - Musiałam nabrać oddechu, bo zobaczyłam, w jak szalony sposób pracuję - mówi w wywiadach 28-letnia wokalistka z Nowego Jorku. Postanowiła odreagować, zacząć wreszcie cieszyć się życiem i odnaleźć w sobie nową muzykę. I znalazła.



Miłość dobra i zła

"The Element Of Freedom" nie musi być najlepszym muzycznie albumem Alicii, ale na pewno jest najdojrzalszym. Keys udało się skomponować zestaw hitów, które traktują o dobrych i złych stronach miłości bez patosu i ckliwości. Teksty zaskakują nie tylko zróżnicowaniem i niebanalną, pogłębioną wizją świata uczuć po rozstaniu. Alicia, jak niewiele współczesnych artystek pop, potrafi trafnie znaleźć metaforę na poziomie klasycznego tekstu poetyckiego (wsparta brzmieniem fortepianu, chórków i smyczków ballada "That’s How Strong My Love Is"). "Love Is My Disease" opowiada o obsesji towarzyszącej miłości, z dyskretnym pulsem r’n’b i słonecznymi rytmami karaibskimi, które dają przejmującemu głosowi ciepłe tło. "Try Sleeping With a Broken Heart" to zrelacjonowana z pozycji porzuconej dziewczyny historia, w której na plan pierwszy wysuwa się wyższy niż zazwyczaj wokal Keys, wspomagany subtelnie syntezatorami w stylu lat 80.


Pierś w pierś z Beyonce

Znajdziecie tu zresztą, prócz wielu wzorowo skrojonych przebojów, jak "Doesn’t Mean Anything", mnóstwo odwołań do historii popu, na czele z przydymionym r’n’b, electropopem, hip-hopem (w duecie z Beyonce "Put It In a Love Song"), rasowym soulem, archaicznymi brzmieniami motown, no i nieśmiertelnym Prince’em, którego gitarowo-funkowy trop można rozpoznać w radosnym "This Bed". Prince’owi Alicia składa hołd podwójnie i słychać, że niezmiernie wygodnie jej w tej stylistyce. W "Distance And Time" też można usłyszeć echa "Purple Rain", a ballada w stylu gospel, przełamana r’n’b "How It Feels To Fly", ze wzniosłymi chórkami, fortepianem i perkusją leciutko pachnie dobrymi nagraniami poprzedniczek Keys, Mary J. Blige i Aaliyah. Ale Alicia, choć wymyśliła tutaj naprawdę świetną, porywającą, nowoczesną muzykę, głównie kładzie nacisk na własne emocje, nie na cudze inspiracje. Znakomicie uchwycił prawdziwość i żarliwość jej wypowiedzi zamykający album "Empire State of Mind Part 2" w którym solo Alicii wykracza poza ramy gatunków, wokół których kręci się jej muzyka. Z hitu Jaya-Z (raper zaprosił ją do współpracy i razem nagrali ten przebój) pozbyła się linii basu i nagrała własną wersję, której kończące frazy zostają w głowie na dłużej niż propozycja Jaya-Z.

Na tym albumie są też nierówne momenty, jak posklejany z różnych wątków, easy-listeningowy ȁE;Like The SeaȁD; czy wspomniany niezbyt ciekawy duet z Beyonce. Współpraca z przyjaciółką nie do końca wyszła zdolnej wokalistce na dobre, choć inna kolaboracja, zmysłowy ȁE;UnthinkableȁD; z Drake’em, daje elektrycznego kopa.


Bez odsłaniania talii

Płytę tę niesie głos Alicii. Choć tym razem często brzmi jak wymuszony, przyjmujemy to jako naturalny rozwój jej nowych koncepcji melodycznych i ogólnego pomysłu na siebie. Ma się wrażenie, że na najnowszym krążku Keys nie chodzi tylko o popisy wokalne, ale o nadanie nowego kierunku i nowej jakości muzyce popowej. Płyta ta nie wyszła spod ręki idolki nastolatek, noszących tak jak niegdyś ona kolorowe koraliki we włosach i chętnie odsłaniających talię. To głos i talent wrażliwej kobiety, która przeżyła przełom. "The Element Of Freedom" jest udanym odwrotem od "As I Am", który rozczarował, także jako dowód na ogólny kryzys muzyki soul i r'n'b w świecie. Dziś Alicia daje popalić krytykom, zarzucającym kiedyś i jej uśmiercenie soulu. Okazuje się, że jeszcze można z niego wycisnąć nowoczesny album, o ile muzyką ma się coś do powiedzenia, jak niedawno pokazała świetną płytą Joss Stone, a teraz Keys. Można to zrobić, o ile się potrafi tak dynamicznie grać konwencją popową jak ona i wykorzystywać głos tak, jak robili to jej dawni mistrzowie: Stevie Wonder, Ray Charles i Prince. I jeśli się umie pisać porywające teksty i melodie.




Inteligencja Niny Simone

Keys wchodzi na orbitę wielkich gwiazd, wykazując na "The Element Of Freedom" pasję kaznodziejki soulu Arethy Franklin, delikatność i muzyczną inteligencję Niny Simone, płomienny żar Mary J. Blige oraz wrodzoną naturalność, której pozazdrościć jej może większość śpiewających dziewczyn. Nowoczesny r’n’b wreszcie ma artystkę, na jaką zasługuje amerykańska muzyka, wokalistkę, która prawdziwie i porywająco śpiewa o swoich uczuciach. Nie można tego powiedzieć o konkurentkach Alicii, w tym jej koleżance Beyonce, Rihannie, Shakirze, pomijając Jennifer Lopez, Britney Spears i inne popowe płotki, podpierające się głównie auto-tune’em i samplami na swoich albumach.

Alicia Keys wchodzi w nowy rok z koroną księżniczki amerykańskiego popu na głowie. My czekamy na nowy album innej gwiazdy r’n’b lat 80. i 90., Sade, który pojawi się już w lutym.