Gdyby nie Sopot, nie byłoby mnie teraz w Polsce. Kiedy 30 lat temu stałam na scenie Opery Leśnej i śpiewałam piosenkę "Malovany dzbanku",nie sądziłam, że zdobę Grand Prix. To był mój największy międzynarodowy sukces. Dzięki tej nagrodzie mogłam dawać koncerty nad Wisłą, a tylko tutaj publiczność ma w sobie nieograniczone pokłady spontaniczności.

Przez lata festiwal powoli się zmieniał, stał się bardziej nowoczesny, ale atmosfera, którą kreuje publiczność, ciągle jest niesamowita. Ja się starzeję, a moi widzowie jakby młodnieli. Wydaje mi się, że na widowni zachodzi cykliczna wymiana roczników na młodsze, a ja i tak zawsze muszę zaśpiewać mój sopocki przebój - "Malovany dzbanku" .

Występów w Sopocie nigdy nie zapomnę, ale po koncercie, też było wspaniale. Tutaj najlepiej się bawiłam. Tu były emocje, miłość i tańce do rana. Nie wiem, skąd braliśmy wtedy na to siłę. Może pomógł nadmorski jod?

Jedyny festiwal, który choć trochę dorastał do pięt Sopotowi, to Złoty Kogut w Rio de Janeiro. Wystąpiłam tam jako 20-latka z piosenką "Vzdaleny hlas" i zostałam wybrana miss festiwalu. Ale w Polsce zabawa była zdecydowanie lepsza niż w kraju samby. Może to zasługa otoczenia?

Piękna plaża, molo w Sopocie, występy, wieczorne kolacje w Grand Hotelu. Na żadnym innym festiwalu nie poznałam tylu cudownych ludzi, z którymi do dzisiaj utrzymuję kontakt. To nad polskim morzem zaprzyjaźniłam się Marylą Rodowicz.

Mamy zupełnie inne charaktery - nie jestem specjalnie spokojna, ale ona przy mnie to emocjonalny wulkan. Mimo to świetnie się rozumiemy. Kiedy odwiedzam Polskę, zawsze się spotykamy, ona przez jakiś czas mieszkała w Czechach. Cały czas bardzo się przyjaźnimy, ale nigdy nie zapomnę, kiedy 30 lat temu w Sopocie do bladego świtu siedziałyśmy razem na plaży z szampanem w ręku. Piłyśmy, patrzyłyśmy na wschód słońca i rozmawiałaśmy o mężczyznach...


44 Międzynarodowy Sopot Festival
31.08 - 2.09 w TVN