Przykładem dla nas będzie Rihanna, 23-letnia amerykańska piosenkarka pochodząca z Barbadosu, której piosenki z marszu stają się światowymi przebojami. Choć w show-biznesie jest zaledwie od sześciu lat, wylansowała już takie hity jak "Umbrella", "Don't Stop the Music" czy "Russian Roulette", które w sumie sprzedały się w ponad 100-milionowym nakładzie.

Piosenkarka – zapewne z powodu młodego wieku oraz imigranckiej historii (przyjechała do Stanów Zjednoczonych z Barbadosu w wieku 16 lat) – należy do tych artystek, które nie wzięły jeszcze całokształtu swojej kariery we własne ręce. Od początku pracuje dla wytwórni Def Jam, nie pisze także samodzielnie piosenek ani muzyki. Po prostu śpiewa. Dlatego prace nad jej kolejną płytą bardziej przypominają opowieść o dobrze funkcjonującej fabryce niż twórczych niepokojach artysty.

Wszystko zaczyna się od zorganizowania tzw. obozu. Wytwórnia ściąga w jedno miejsce kilkudziesięciu najlepszych tekściarzy oraz kompozytorów popowych piosenek. Panowie siadają razem i tworzą rymy, inni dopasowują do nich muzykę. Ci, którzy widzieli taki obóz, porównują go do popularnych w Ameryce programów typu reality show, podczas których zamyka się razem na parę dni kilku znanych telewizyjnych kucharzy z poleceniem "ugotujcie coś". Praca zespołu kosztuje w sumie ok. 200 tys. dolarów. Zakładając, że najnowszy album ma 11 kawałków, każda z piosenek kosztuje mniej więcej 18 tys. dolarów. Rihanna razem z doradcami wybiera te, które najbardziej pasują do jej obecnego emploi. Szczęśliwcy, których utwory zostały wybrane przez gwiazdę, dostają ekstra 15 – 20 tys. dol. za słowa i tyle samo za melodię.


Dopiero gdy rachunek za potencjalny hit sięga 50 tys. dol., wokalistka wchodzi do studia. Nie pojawia się tam sama. Wraz z nią jest tzw. vocal producer, czyli doradca, który podpowiada gwieździe, jak zinterpretować dany kawałek. Takie usługi to według amerykańskiego radia NPR wydatek rzędu 10 – 15 tys. dol. za piosenkę. Potem czas na obrabianie utworu od strony muzycznej (miksowanie, czyli dopasowanie do siebie różnych instrumentów, i mastering, np. poprawianie czystości brzmienia). Według rachunków Def Jam to kolejne 10 – 15 tys. dol., czyli nagranie przeboju kosztuje w sumie ok. 80 tys. dol.

To dopiero połowa drogi. Nie ma hitu bez akcji promocyjnej. Najlepiej, by atakował odbiorcę ze wszystkich stron: z telewizora, radia, internetu. Przecież wszyscy lubimy te piosenki, które już znamy. W USA nie wolno wytwórniom płacić stacjom radiowym za to, by wyróżniały utwory ich gwiazd. Nikt jednak nie zaprzecza, że inwestują one sporo w utrzymywanie dobrych stosunków z medialnymi muzycznymi decydentami. Sporo pieniędzy (ok. 300 tys. dol. na piosenkę) wydaje się też na marketing z otwartą przyłbicą: reklamy, billboardy czy banery w sieci. Drugie tyle trzeba zainwestować w trasę promującą album. W sumie wydatki na szeroko rozumiany marketing zamykają się w okrągłym milionie – w przeliczeniu na piosenkę.

Wszystkie te rachunki nie zawierają jeszcze pensji samej artystki. Ta jednak jest prawdopodobnie uzależniona od zysku, jaki przyniesie dana piosenka. Wszystkie te koszty sprawiają, że Rihanna – choć króluje na listach przebojów – należy do relatywnie ubogich celebrytów. Nie ma jej na przykład na opublikowanej w połowie maja liście 100 najlepiej opłacanych gwiazd show-biznesu magazynu "Forbes". Otwierają ją tacy starzy wyjadacze, jak czarnoskóra gospodyni kultowych talk-show Oprah Winfrey (290 mln dol. rocznie), irlandzka legenda rocka U2 (195 mln) czy aktor, reżyser i producent Tyler Perry (130 mln). Ostatnia jest aktorka Courteney Cox – zarobiła "tylko" 7 mln. Oznacza to, że roczne dochody Rihanny zamknęły się poniżej tej sumy.