ROBERT MAZUREK: Kiedy zostałeś sławnym człowiekiem?
WOJCIECH WAGLEWSKI*: W środę.

Towarzyszyły temu oznaki uwielbienia trwające aż do weekendu?
Po tym jak rzuciłem palenie, w ciągu miesiąca przytyłem 15 kilo. Pojechałem z żoną nad morze i kiedy poszedłem popływać, żona usłyszała, jak dziewczynka z kocyka obok powiedziała do drugiej: "To Waglewski? Myślałam, że jest młodszy i szczuplejszy". Żona powiedziała mi to po roku. Wtedy dotarło do mnie, że kiedyś byłem sławnym człowiekiem.

A dziś?
Każdy musi sobie zadać pytanie, czy chce być gwiazdą czy artystą. Jak chcesz być gwiazdą, to musisz wybielić zęby, zadbać o włosy, pójść na masaż, posłuchać co jest na topie i kombinować co się spodoba. Mnie interesuje co innego, muzyka to moja forma komunikowania się ze światem i kiedy w życiu przenoszę się z ginu na wino, to ma to odbicie także w tekstach. Mniej śpiewam o włosach, bo nie ma o czym, a więcej o śmierci.

Nie straciliście przez to na popularności?
Chyba najbardziej popularni w historii byliśmy na początku współpracy z Owsiakiem, ale to była popularność zespołu rockowego, wielkie hale i wielkie koncerty, trzynastolatki pod sceną. To nie do końca fascynujące. Teraz jak z synami grałem "Męską muzykę", to po raz pierwszy od lat znów usłyszałem pisk gimnazjalistek.

Na "Męską muzykę" przyszły?!
Na synów.

A na "Samo Voo Voo"?
Jak ogłosiłem na stronie internetowej, że przynajmniej na chwilę odcinamy się od ostatnich płyt, od "Łobi jabi", to wybuchła panika, bo ludzie chcieli, żebyśmy do usranej śmierci grali to samo.

Zawsze przychodzą tłumy?
Nie narzekamy, ale pamiętam też koncert sprzed chyba pięciu lat w domu kultury na Ursynowie, gdzie mieszkam. Zaprosiłem znajomych, przychodzimy, patrzę, a tu nikogo prócz tych znajomych. Więc pytam o co chodzi? "A wie pan, nie chcieliśmy plakatować, bo przyszłaby młodzież i rozwaliła".

No dobrze, życiorys proszę.
Urodziłem się dzięki staraniom matki mojej i ojca mego jako ich jedyne dziecię.

Rozpieszczone?
Mam brato-wujka, czyli starszego o siedem lat wujka, z którym się razem wychowywałem i którego traktowałem jak starszego brata.

I od zawsze grałeś na gitarze?
Najpierw zakładałem z kolegami z Ochoty swoje zespoły i gdzieś tam wyczaił mnie starszy o dwa lata Zbyszek Hołdys. Tak w 1969 r. jako szesnastolatek trafiłem do półamatorskiego zespołu Fatum. Wtedy w Warszawie były dwa środowiska: "stodolane" - bardziej rockowe i "medykowskie" - bardziej awangardowe, bo w Klubie Medyka ćwiczyli Klan czy Michał Urbaniak.

To był czas hipisów.
Ale ja byłem za młody na hipisa i za stary na punka, dzięki czemu szczęśliwie uniknąłem mundurków, ale rzeczywiście poznałem całe to środowisko hipisów. Byłem blisko związany z Milo Kurtisem, no a każdy, kto przyjaźnił się z Milo, poznał świat kultury niezależnej. Długo nie mogłem się zdecydować - być inteligentem czy hipisem, uciekać z domu czy kończyć studia.

Szkoły jednak skończyłeś.
Najpierw liceum Kołłątaja - taki zestaw nauczycieli trudno sobie wyobrazić. Polskiego uczyła nas bardzo już wiekowa pani, która nawet zimą chodziła w klapkach, co nam bardzo imponowało i czasem udawało jej się prowadzić tę samą lekcję trzy razy, gdyż nie do końca pamiętała, że to już mówiła. Był matematyk - homoseksualista, który przesadzał dziewczęta do tyłu, a chłopców do przodu. Mnie nie uczył, więc koniecznie chciał mi w szatni udzielać korepetycji, sądząc po gestach - jednoznacznych. Były też bardzo poważne pogłoski…

O, pan Waglewski się zapala.
Że pewna pani nauczycielka po zajęciach szkolnych oddaje swoje ciało za dewizy w hotelu "Grand".

Nauczyli tam cię czegoś?
Głównie dystansu do procesu nauczania.

Ale na studia poszedłeś.
Najpierw przez rok pracowałem jako goniec w piśmie "Wynalazczość i Racjonalizacja" i jednocześnie grałem jak szalony. Potem poszedłem na socjologię, a pracę magisterską u prof. Szackiego pisałem z Henryka Rzewuskiego. Jestem więc magistrem i tak proszę się do mnie zwracać. A po studiach poszedłem do wojska…

Jaki ty porządny człowiek jesteś: studia, wojsko…
Porządnie to ja zapłaciłem, żeby nie iść, ale mnie wyrolowano. Załatwili mnie podstępem, bo mieszkałem u teściów i przyszedł tam koleś z długimi piórami i mówi: "Dzień dobry, czy zastałem Wojtka?". A teściowa: "Tak, tak, proszę wejść". I on dał mi bilet, a ja trafiłem do jednostki we Wrocławiu. Strasznie dostałem w dupę. Nie chciałem się przyznać, że jestem muzykantem, bo musiałbym im grać w kasynach.

Pan magister kształcił się jakoś muzycznie?
Absolutnie nie. Wykształciłem się przy pomocy książeczki "ABC gitary, czyli jak Hania na gitarze grać się nauczyła" Józefa Powroźniaka. Ale przede wszystkim uczyłem się, grając. Wchodziłem w zawód muzyka sesyjnego, a to była już poważna szkoła. Wtedy jeszcze nie czytałem nut a vista, a miałem dobrą pamięć słuchową, więc niby, że coś jest tu niejasne, prosiłem kompozytora, aby mi zanucił. I tak ze studia do studia…

Grałeś różne rzeczy.
Od muzyki klasycznej, filmowej po Bemibek i piosenkarki. Świetną przygodą było nagrywanie muzyki do "Kroniki filmowej", którą grały bardzo różne zespoły: i SBB, i muzycy jazzowi, wszyscy, a były to czasy, kiedy środowisko jazzowe bardzo się boczyło na bigbitowców. Nie bardzo wiem dlaczego, bo na jazz przychodziło wtedy więcej ludzi.

Nie wierzę.
Nawet się temu specjalnie nie dziwię, bo bigbitowcy śpiewali wtedy, że się boją myszy albo że za rok matura, a w miarę inteligentni młodzi ludzie potrzebowali jednak innego przekazu. W jazzie trzeba go sobie było wyobrazić, stąd popularność jazzu. Jak Michał Urbaniak przyjechał tu ze Stanów w swym kombinezonie i z długimi piórami, to wszędzie miał pełne sale.

Grałeś z nim.
Pomógł mi przy jednej z weryfikacji, bo wtedy, by ktoś mógł grać publicznie, musiał przejść weryfikację. Pierwszy etap był dość przyjemny - zespół sobie grał, a komisja złożona z różnych muzykantów go oceniała. Na jednym z takich koncertów na czele komisji był Michał Urbaniak i tak się poznaliśmy. Potem zaprosiłem go do swojego zespołu Zen, gdzie graliśmy taką bardzo długą, mędziawą formę…

Taką suitę, jak rozumiem?
Nie musisz mnie obrażać na dzień dobry (śmiech). Tam było sporo jazzu, Komedy - kilkanaście utworów połączonych w całość.

Weryfikacja nie zawsze była tak łagodna.
Bo był drugi etap - dla zawodowców. Tam siedziała komisja i przedstawiciel odpowiedniego czynnika. Zazwyczaj decydowali jazzmani, którzy nie lubili bigbitowców. Mnie egzaminował Zbyszek Namysłowski i było miło - zagrałem sambę, powiedział: "Zdał pan, do widzenia". Ale Mateusza Pospieszalskiego trzykrotnie uwalał Tomek Szukalski. On już wtedy nie grał żadnych koncertów, tylko jeździł po kraju i pokazywał, czym się różni jeden saksofon od drugiego, a Mateo grał z nami dla 15 tysięcy ludzi. To już nie był absurd, to była granda!

Cały komunizm.
Był taki słynny redaktor Popiołek, który na konferencji prasowej Abby, która przyjechała do Polski, spytał, czy oni mają weryfikację? Dzięki weryfikacji mogłem brać pieniądze, które wystarczały na dwa wina. Bo wtedy nie mówiło się "cabernet sauvignon", tylko "poproszę wino" i od razu wiedzieli. A jak się chciało być wykwintnym, to się nabijało wino w syfon, dodawało cytrynki i był szampan.

Jak się wino nabijało w syfon?
Wtedy były takie butle syfonowe w kolorze gównianej muchy, takie błyszczące…

A wiem, miałem podobny. Rzeczywiście gówniany.
I zwykle wlewało się wodę, wkręcało nabój z gazem, który czasem wybuchał, a czasem nie. Zamiast tej wody można tam było wlać winko jabłkowe, dodać cytrynki i pycha!

Jakie to piękne czasy… Po jaką cholerę…
…Myśmy ten ustrój rozwalali? Syfonów już nie ma, a i wina z jabłek chyba też.

Są. I to gatunkowe, po 30 zł za butelkę.
Wow! Pamiętasz, wtedy gatunkowa to była wódka.

Nie piłem wtedy.
Bez przesady…

Poważnie, w przedszkolu raczej nie piłem. A w połowie lat 70. to ja chodziłem do przedszkola.
W każdym razie wódka gatunkowa była kolorowa. Nie pamiętasz "Pomorskiej"? Kosztowała tyle co czysta, ale była brązowa.

Bejcą ją zabarwiali?
Pewnie tak.

Skoro już przy tym jesteśmy. Nadużywałeś?
Piłem metodą inicjacji - wszędzie byłem najmłodszy, a najmłodszy musiał latać. Za pierwsze zarobione pieniądze, chyba jeszcze w Fatum postawiłem kolegom i jeden z nich musiał dzwonić po mojego tatę. To była bardzo poważna awantura, zabronił mi grać, bo wśród muzyków się pije. Uratowało mnie to, co mówili Stonesi - że frontmeni mogą być nawaleni jak stodoła, ale sekcja musi być trzeźwa, a ja często grałem w sekcji. Do tej pory jest tak, że kończysz koncert o 22.00 i schodzi z ciebie cała adrenalina. Przecież nie pójdziesz do hotelu oglądać "Taniec na lodzie". Siedzieć i rozmawiać to też porażka, więc ludzi po koncercie nosi.

Narkotyki?
W latach 70. Milo miał całe okna zawalone rosnącą tam marihuaną. Ja się strasznie do marihuany zraziłem, bo ta polska była różna - śląska była ciężka, trzeba się było siedem razy sztachnąć, a potem człowiek czuł kompletny łomot. Miałem jakieś epizody z LSD, ale nigdy żyła i twarde rzeczy. Wszystkie używki mówią człowiekowi, że jest wyższy, szczuplejszy i zdolniejszy niż jest naprawdę, a potem ta świadomość, że się jest małym, pomarszczonym staruchem, który nic nie umie, jest przykra. Więc lepiej przyzwyczaić się do tej myśli i w swojej brzydocie znaleźć trochę piękna.

Nie bałeś się o synów?
Oni widzieli tylu ludzi na głodzie, także moich kolegów, że nigdy to ich nie pociągało. Teraz, jak grałem z nimi trasę, to się przekonałem, że spożywają alkohol w zaskakująco małej ilości. Jeszcze ze śp. Czesławem Niemenem mówiliśmy, że wyrosło jakieś dziwne pokolenie, które na pijanego patrzy, jak za przeproszeniem na faceta z wąsami.

Co mówi facet z wąsami.
Widziałem niedawno swoje stare zdjęcie z wąsami i pomyślałem: "Ale obciach!" i wtedy zobaczyłem po raz pierwszy film "Woodstock". Oni wszyscy mieli długie włosy i wąsy. Jako że u mnie krucho z włosami, to zapuściłem wąsy jako atrybut hipiserki.

Hipiserka w Polsce to był Osjan.
Ja do Osjana trafiłem po wojsku, pod koniec lat 70. i to było coś fantastycznego, choć to był już zmierzch popularności Osjana i na koncert potrafiło przyjść siedem osób, z czego jedna wyrzygała się na środku. Zaczęła się za to kariera na Zachodzie, ale ja po tym pieprzonym wojsku miałem rok szlabanu na paszport z racji posiadania tajemnicy wojskowej.

Osjan to było pełne szaleństwo.
Potrafiliśmy dać koncert na jakiejś wsi we Włoszech, gdzie w pierwszym rzędzie siedział ksiądz i nauczyciel z dziećmi poubieranymi jak na odpust. Zaczynaliśmy koncert dzikim wrzaskiem, jakimś straszliwym krzykiem, po którym mogliśmy z tymi ludźmi zrobić wszystko, a nauczyciel staje na ławce i mówi: "Słyszałem w tym jęki Żydów pomordowanych w Oświęcimiu!"

Co ci dał Osjan?
Dzięki Osjanowi zrozumiałem potęgę własnej tradycji, tożsamości. Siedzieliśmy kiedyś w Grecji ze znajomymi z tamtejszego teatru i my czasem mówiliśmy do siebie po polsku, zaraz jednak wracając na angielski. A oni wtedy prosili: "Nie, nie, mówcie jak najwięcej po polsku, to taki piękny język". Nagle to do mnie dotarło. Zacząłem być dumny z Polski, z polskiej muzyki. Odkryłem wielką siłę polskości.

Potem był taki zespół Morawski Nowicki Waglewski Hołdys.
Ja mówię "Morawski", ale Hołdys mówił: "Morawsky Nowicky Waglewsky…", bo mieliśmy robić karierę w Ameryce, a skończyliśmy na Lublinie.

Nie chciałeś robić kariery na Zachodzie?
Ja tam pojechałem po raz pierwszy w 1979 r. Licz, ile miałem wtedy lat?

Licz, licz, nie tak szybko... Miałeś 26 lat.
Na rynku popowym czy rockowym nie da się zrobić kariery z desantu. Trzeba wyjechać jak się ma czternaście lat i tam pracować.

Z MNWH odszedł Hołdys i powstało Voo Voo.
Zespół powstał po płycie "I Ching", przy której poznałem te wszystkie zespoły: TSA, Maanam, inne. Przyglądałem się temu z pewną ambiwalencją, bo wydawało mi się to sztuczne i wszyscy grali jak Police. Perfect był zespołem poprzebieranym, z tekstami wymyślonymi przez zawodowca.

To prawda, "Autobiografia" - hymn pokolenia, jest napisana przez profesjonalnego tekściarza.
Kiedy jakiś czas potem spotkałem Bogdana Olewicza, to on mi mówił: "Bez sensu te teksty piszesz. Napisz coś o ekologii, o środowisku, bo inaczej nikt tego nie kupi. Chcesz, to ja ci napiszę". Dla mnie to była jakaś zdrada, prawdziwy rock and roll, nie licząc wyjątków jak Maanam, zaczął się w połowie lat 80., kiedy pojawiła się Brygada Kryzys. Cóż, kiedyś Almodovar powiedział, że synonimem obciachu jest czeska moda i polski rock and roll.

Jako dziecię dałem się nabrać, słuchając Perfectu?
Nie, ja nie mówię tego wartościująco. Przecież oni wywoływali całkiem prawdziwe emocje. I nie ma w tym nic złego, że ktoś jest zespołem estradowym kreującym się na rockowy. Może jestem w błędzie, ale dla mnie rock to autentyzm, a nie spotkanie zawodowego kompozytora z zawodowym tekściarzem, poprzebieranie się w łańcuchy i występ raz na festiwalu w Kołobrzegu, a raz w Jarocinie.

Nawet ci, którzy wtedy byli rockowi, teraz stępili pazurki.
Może im się wydaje, że to głupie ganiać po scenie z rozpiętą na coraz bardziej obwisłej piersi koszulą i śpiewać o słodkiej szesnastolatce, gdy się ma pięćdziesiątkę na karku. Lou Reed czy Bob Dylan nie byli wykreowani, więc dają sobie radę ze starzeniem się na scenie.

Porozmawiajmy o muzyce…
O, jak ładnie akcentujesz.

Mu-zyce. Poprawnie, czego chcesz?
Dobrze. To ja muszę się poprawiać, bo źle akcentuję.

Zauważyłem, kiedy pan magister mówił o matematyku.
Teraz młodzież mówi "w studio", "w radio". A tak się już przecież nie mówi. To archaizmy.

Z uporem maniaka piszę "tryumfować" przez "y" i potem korekta mi poprawia.
Piękne słowo "bodajże" - niedawno je znowu usłyszałem i strasznie mnie się podoba. A rusycyzmów używasz?

Staram się nie, tak samo jak barbaryzmów z angielskiego. Wróćmy do muzyki, której słuchasz.
Bawią mnie artystki narzekające, że radio nie puszcza polskiej muzyki, a pytane o to, czego słuchają, nie wychodzą poza Erykę Badu. Jeśli ona nie ma potrzeby słuchania polskiej muzyki, to czemu wymaga tego od innych.

Bo tantiemy…
No właśnie, nie chciałbym, by mnie tak postrzegano. Poza tym jeśli narzekają, że w radio są tylko stare przeboje, to czemu wszyscy teraz grają wyłącznie Młynarskiego, Osiecką, Starszych Panów? Ja lubię covery, ale to jakieś zachwianie proporcji.

I nadal nie wiem czego słuchasz.
Kilara, Góreckiego…

Znani muzycy rockowi.
Bo ja rocka mało słucham. Rock wymaga spoconej kobiety, ciepłej wódki i dużej mocy. Przy kawce nie da się tego słuchać, trzeba biodrem ruszać jak Mick Jagger.

Jesteś szczupły, dałbyś radę.
I tak mnie nie uwiedziesz, jestem heteroseksualny.

To ja już muszę iść.
Słucham kolegów - Mateusza Pospieszalskiego, Janerki, synów, ale też są tacy szaleńcy jak Macio Moretti, Mitch & Mitch, Starzy Singers…

Kiedyś nie stroniłeś od polityki.
Całą duszą byłem przeciw komunie. Jak się dowiedziałem, że Kwaśniewski będzie prezydentem, to był dla mnie szok i napisałem piosenkę "Nie spać". Pomyślałem, że to niemożliwe, by ludzie z mojego koszmaru wrócili do władzy. Bardzo mocno zaangażowaliśmy się w 1997 r. w kampanię AWS. Było to o tyle łatwiejsze, że byli tam tacy ludzie jak Wiesiek Walendziak - dynamiczni faceci, konserwatywni, ale nowocześnie myślący.

A w wojnę PO i PiS się zaangażowałeś?
Ja byłem oczywiście popisowiec, a dziś patrzę już tylko na to, co jest dla mnie dobre, i to popieram. A w podział jestem wkręcony jak pewnie wszyscy w Polsce, bo część mojej rodziny popiera PO, część PiS. Wszyscy jesteśmy w to wrobieni i o to mam do nich żal. Ja naprawdę wierzyłem, że politykę można uprawiać inaczej.

Muzycy są inni?
No wiesz, przynajmniej na pytanie o moją płytę nie zaczynam tekstem, że może i nie jest doskonała, ale za to płyta Janerki jest jeszcze gorsza. Takich akcji w tym środowisku nie ma.

Sam mówisz o Szukalskim, niegdyś świetnym saksofoniście, który się uparł, by nie dać weryfikacji Pospieszalskiemu.
Ale przynajmniej nie występował z tym publicznie, nie mówił, że Mateusz staruszkę na pasach przejechał. Ale zgadzam się z tobą, że bluzgi w internecie pokazują, jacy są Polacy i politycy nie są od nich gorsi.

Z czego żyje artysta Waglewski?
Z pracowitości: gram w Voo Voo, Osjanie, jest "Męska muzyka", inne projekty. Żyję więc z tantiem i to polskich, i zagranicznych.

I pytanie, które muszę zadać, bo mnie zazdrość zżera: co pan robisz, że pan jesteś taki szczupły?
Przez ten cały spór PiS-u z Platformą nie sypiam i jeść nie mogę, tylko myślę o świecie (śmiech). A poza tym chodzę na basen i dbam o siebie, bo chcę się podobać mojej żonie.

*Wojciech Waglewski, muzyk, lider zespołu Voo Voo, który właśnie wydał nową płytę "Samo Voo Voo".