ŁUKASZ LUBIATOWSKI: "Styl życia G’N.O.J.A." to album o tobie?
PEJA*: To jakieś podsumowanie kilku wątków z mojego życia. Otwarcie mówię o szybkim życiu, pociągu do alkoholu i dziewczyn... Już nie żyję takimi historiami, o jakich opowiadam w kawałku "Gruba impra z Rysiem". Ale nie muszę pisać typowego pamiętnika, żeby być autentycznym. Przeżyłem już tyle sytuacji hardcore’owych, ulicznych, łóżkowych, melanżowych, biznesowych, że mógłbym do końca swoich dni siedzieć w domku na wsi, łowić ryby, a tematów mi nie zabraknie.

Nie masz takich momentów, gdy siadasz, włączasz miłą muzykę albo DVD i myślisz: "Rychu, udało ci się, po co się denerwować i wciąż bluzgać"?
Nie mam ambicji, by w tekstach mówić wszystko o sobie. Ludzie, którzy mnie znają, wiedzą, że prawdziwy Rychu jest trochę inny niż ten z płyt. Mam coś w głowie, czytam książki, staram się z życia brać to, co wartościowe. A że mój przekaz niesie dużo treści negatywnych i niebezpiecznych? To, co złe, jest atrakcyjne, a ja dobrze odnajduję się w formule niegrzecznego chłopca.

To znaczy, że świadomie kalkulujesz, co się ludziom spodoba?
Zaoferowałem wizerunek bad boya, a publiczność go kupiła. Ludzie nie mają pojęcia, że czytam Nabokowa i słucham Bacha, ale nie chcę ich do tego przekonywać. Jestem w wieku, w którym zaczynam doceniać spokój, mam trochę więcej pieniędzy, kupuję sobie klasykę czy rzeczy z kanonu rocka. W domu posłucham ostatnio np. Percy’ego Sledge’a czy Anię Dąbrowską, zdarza się, że wygaszam światło, palę świeczki.


Czyli świadomie budujesz pewien mit, jak amerykańscy raperzy - z jednej strony doświadczenie ulicy, z drugiej - gangsterskie kino: "Człowiek z blizną"?
Zawsze jesteś częścią swojego mitu. Choć biorę amerykański rap bardzo serio, wiem, że składają się na niego zarówno przeżycia z ulicy, jak to, o czym mówisz, cała mitologia filmowa, gangsterska. To się łączy. Nie wymyślam tekstów, piszę o tym, co albo przeżyłem sam, albo przeżyli moi znajomi. Ale robię to w jakiejś konwencji.

Dzieciak, który dostanie twoją płytę do ręki, może jej nie zrozumieć.
Dlatego zawsze podkreślam, że nie piszę dla 14-latków. Chłopacy z AC/DC mówią: "Całe życie gramy rock’n’rolla tak, jakbyśmy grali dla 17-latków". Dla mnie to właściwa granica. Nie gram dla młodszych. Z drugiej strony, gdy 20 lat temu zaczynałem bawić się w hip-hop, miałem 12 - 13 lat. Słuchałem gangsterskich tekstów o przemocy, o tym, jak płonie Hollywood, o zamieszkach na tle rasowym, o pobiciu Rodneya Kinga. Słuchałem rasistowskiego "Black Korea" Ice Cube’a, nie brakowało tam strzelanin, życia gangów, wszechobecnego w latach 80. cracku. Fascynował mnie kryminalny rap z getta i opowieści takich twardzieli jak Ice Cube, Ice T, N.W.A., Mobb Deep. A jednak nikogo nie zamordowałem, nie zgwałciłem, nie okradłem, a dzięki nim zacząłem pracować i tworzyć. Zostałem muzykiem, który nagrywa złote płyty. Może dzieciak, który słucha moich płyt, będzie kiedyś ikoną rapu?

Ludzie raczej się ciebie boją, niż podziwiają.
Raz po raz słyszę, że ktoś boi się ze mną przeprowadzić wywiad, bo go uderzę, opluję albo przyjdę naćpany czy zdemoluję knajpę. Nie wiem, skąd przychodzą do głowy takie rzeczy?


Śpiewasz o chlaniu, seksie, fotografujesz się z butlą hennessy, masz dziary...
Ludzie, jak nie piją hennessy, to łoją wódkę starogardzką, tak samo uprawiają seks w małych mieszkaniach, jak i w wypasionych apartamentach. Czego tu się bać? Życia?

Nie każdy mówi do swojej kobiety: "Tak bardzo chciałbym się z tobą pierdolić".
To kwestia stylu. Słowa, zdjęcia, image, to wszystko jakaś kreacja, pomysł, nie trzeba tego brać tak dosłownie. Po prostu na zdjęciu trzymam flachę hennessy, pokazuję dwa fucki i czuję się dobrze. 20 lat piję alkohol i nie wiem, dlaczego miałbym się z tym kryć. Wiem, że wielu uważa mnie za bezmózgiego dresiarza napompowanego sterydami, degenerata, ćpuna i alkoholika. Jasne, że mam różne ciągoty w stronę życia, lubię się zabawić, napić, potańczyć. A to, że robię to na oczach całej Polski? Proszę, strzelajcie do mnie! Mogę być tym złym.

Trochę to lubisz, skoro tytułujesz album "Styl Życia G’N.O.J.A.".
To prawda, czasem mówię o sobie, że jestem gnojem, że jestem podły i nie mam serca. Trochę jest w tym prawdy, ale z drugiej strony zdarzyło się w moim życiu sporo rzeczy, które zburzyły moje poczucie wartości, musi minąć sporo czasu, bym je odbudował.


Pewności siebie ci nie brakuje.
Wychowałem się na Jeżycach, dzielnicy, gdzie ludzie są wkurwieni, zostawieni sami sobie, stoją po bramach, palą popularne i piją "Kwiat jabłoni". Jestem sierotą i od małego musiałem radzić sobie sam. Nie skończyłem szkoły średniej, a przecież dla większości "normalnych" ludzi taki człowiek wydaje się przegrany i nie ma żadnych szans! Jak on może mieć coś w głowie bez szkoły? Jak może myśleć, skoro przeklina? Stanowię przykład, że można sobie poradzić w każdej sytuacji i pewnie jestem jakimś symbolem dla takich ludzi.

Nie boisz się, że tym od "Kwiatu jabłoni" nie spodoba się, iż fotografujesz się z koniakiem hennessy na okładce płyty?
Pijam taki, to przecież nie stanę na zdjęciu z jabolem. Chociaż smak jabola też ostatnio sobie przypomniałem z kumplami na ulicy. To definicja penera - dogaduje się z każdym, ale zawsze pozostaje sobą. Nie jest tak, że jednego dnia jestem pan intelektualista, a drugiego uliczny cham.

Z jednej strony podkreślasz wartość szkoły życia, z drugiej - powołujesz się na inspirację Szekspirem, Nabokowem, Kunderą, Fellinim. Można pomyśleć, że Rychu "Peja" to taki kulturalny młody człowiek. Do momentu, gdy włączy płytę...
Nie jestem wyłącznie mizoginem, szowinistą i chodzącą patologią, rządzą mną sprzeczności. Nie opisuję, jak Firma, swoich historii więziennych i nie nawijam "jebać policję", ale też daleko mi do Mezo i jego eudajmonii. Życie mnie nie rozpieszczało, a rany z przeszłości rozdrapuję na nowo. Widocznie trzeba czasu, żebym pisał o rzeczach bardziej refleksyjnych.


Nagrałeś piosenkę na rocznicę powstania wielkopolskiego. Masz potrzebę, by zaakceptowała cię kultura oficjalna?
Jasne, że potrzebuję akceptacji, każdy artysta - świadomie czy nie - sugeruje się krytyką i konstruktywnymi opiniami. Cieszę się, gdy dochodzą mnie głosy, że "Poznańczyk" podoba się ludziom i mówią ze zdziwieniem: "Rychu potrafi". Pewnie, że potrafię!

A odnalazłbyś się w przekazie politycznym? Jak ostatnio Nas czy Erykah Badu?
Polityka z założenia jest brudna. Nas czy Badu upominają się o docenienie kultury czarnych, dla nich polityka ma wymiar walki rasowej. My tego problemu nie mamy, musimy martwić się tym, czy rząd w danym roku załata dziurę budżetową, czy euro nam dowali tak, że wszyscy będziemy zdychać. I czy otworzą się nowe rynki pracy w Europie. Jeśli miałbym jakkolwiek udzielać się, to tylko w organizacjach pozarządowych. Zresztą lokalnie wspieram różne charytatywne inicjatywy.

Zostałeś społecznikiem?
Mam stały kontakt z jedną ze świetlic socjoterapeutycznych "Nibylandia". Prosili mnie o wsparcie, bo miasto nie przyznało im dotacji. Okazało się, że pięć innych takich miejsc dla dzieci z biednych rodzin może zostać zamkniętych. W październiku zagraliśmy większą ekipą koncert i zebraliśmy 10 tys. złotych na opłacenie zaległego czynszu, rachunków za prąd.


Mógłbyś mieszkać poza Poznaniem?
Pewnie! W Meksyku, na Florydzie, w Paryżu... Gdybym miał tyle pieniędzy, co raperzy zagraniczni, to zjechałbym świat: Kuba, Hiszpania, Australia i Nowa Zelandia.

A gdzie jeździsz na wakacje?
Od trzech lat nigdzie nie byłem. Dlaczego? Ludzie myślą, że hiphopowcy tylko się bawią i pieniądze same im przychodzą, a to ciężka robota. Owszem, nie muszę się martwić, gdzie będę jadł i spał, o to, czy będę miał ciepło w dupę, bo mam, w co się ubrać, co nie znaczy, że moja przyszłość jest jasna i bezpieczna. Na Zachodzie byłbym już spokojny o emeryturę, tu realia są inne.

Płacisz ZUS, podatki, abonament telewizyjny?
Teraz tak, kiedyś nie miałem zameldowania, ubezpieczenia, NIP-u. Przez rok żyłem bez dokumentów. Gdy policja nie wiedziała, jak mnie wezwać, to zaraz wysyłała list gończy. Każda próba mojego wylegitymowania kończyła się na dołku. Chodziło o ustalenie tożsamości. Teraz rozliczam się z urzędem skarbowym, jestem zameldowany, posiadam wizę amerykańską. Kiedyś nie widziałem żadnych możliwości poprawy mojego życia, więc buntowałem się i walczyłem trochę naiwnie z systemem. Teraz szukam innych rozwiązań życiowych niż stanie pod sklepem z piwem, choć i to mi się zdarza. Siedzi we mnie ten pener i nie chcę go się pozbyć.


Jesteś zadowolony z życia?
Przeżywam najlepsze lata, spełniam się jako człowiek i artysta. Wiem, na co mnie stać, żyję w sposób godny.

To znaczy?
Wiem, co to odpowiedzialność za drugiego człowieka, wcześniej bywało z tym różnie. Miałem kiedyś dom, który zepsułem na własne życzenie. Teraz próbuję z nową kobietą i myślę, że robię to mądrzej. Człowiek dojrzewa, do wszystkiego dochodzi po czasie. Wcześniej zachłysnąłem się rock’n’rollem, a w rock’n’rollu nie można mówić o dojrzałości. Wiem, że nie raz zachowywałem się jak dzieciak, ale trudno unikać pokus, gdy wszystko masz za darmo: alkohol, kobiety. Trudno wtedy o dorosłość.

Hemp Gru i Firma mają marki odzieżowe, Sokół i Tede prowadzą wytwórnie. Nie planujesz rozwinięcia interesu?
Mam linię odzieżową i tego się trzymam, choć to biznes na małą skalę. Jeśli chodzi o moje oszczędności, to chcę, żeby nazywały się oszczędnościami, ponieważ wszelkie inwestycje na polskim rynku są po prostu ryzykowne. Widzę, jak ludziom padają biznesy. Decks, mój partner z zespołu, prowadził kiedyś pub i utopił w nim masę pieniędzy. Ja wolę pozostać takim biznesowym szarakiem. Żeby robić interesy, trzeba po prostu pierwszy milion zajebać i potem pomnażać.


Mówisz jak funkcjonariusz CBA albo niektórzy politycy. Też wszędzie widzisz układ?
Nie patrzę na to, skąd ludzie mają pieniądze. Jeśli ktoś ukradł, musi liczyć się z tym, że mogą go złapać. Utrzymuję się z tego, że ludzie kupują płyty i bilety na koncerty, ale szanuję takich, którzy do czegoś dochodzą. Nigdy nie wyzywałem Kulczyka, tak jak robiło to pół Poznania. To człowiek, który odniósł sukces. Po prostu: trzeba zapierdalać.

Zdarzają się chałtury?
Gram kilka razy do roku na koncertach plenerowych, gdy najpierw przychodzą młodzi, by mnie posłuchać, a potem pan Krzysztof Krawczyk śpiewa dla ciut starszych. Myślę, że prawdziwa sztuka nie zna obciachu. Z nami jest jak z aktorami, do pewnego momentu wydaje im się, że mogą wybierać role. My też do czasu wybieraliśmy miejsca i stawki, ale jeśli chcesz się utrzymywać, szybko rewidujesz taką postawę. Choć, rzecz jasna, nie jest tak, że bierzemy wszystko, co wpada w ręce. Ale swoją robotę trzeba zrobić na szczeblu promocyjnym, biznesowym, artystycznym.

Mówisz jak prawdziwy pracowity poznaniak.
Jestem lokalnym patriotą na maksa, czuję swoją odrębność. Nie twierdzę, że w Poznaniu działają najlepsi raperzy, choć mamy zajebistą scenę. Opowiadam o moim mieście od samego początku. Składam mu wyrazy uwielbienia - to się nie zmieni, to przetrwa.


Szykujesz sobie miejsce w Alei Zasłużonych Wielkopolan?
Śmiejesz się, ale dobrze wiem, że jestem jednym z kulturalnych symboli tego miasta, tak jak - powiedzmy - Zbigniew Górny czy Grabaż. Wiem, że mam już swój pomnik. I dobrze mi z tym.

Żałujesz czegoś?
Niedofinansowania. Gdybym miał ten milion na starcie, to zrobiłbym z niego dziesięć. A to przełożyłoby się na lepsze brzmienie, lepsze klipy, lepsze koncerty. A w życiu prywatnym? Mógłbym uniknąć wielu sytuacji, które mnie rozstrajały. Zrobiłem dużo błędów. Rozwaliłem swoje małżeństwo na rzecz innej kobiety, która z kolei rozpieprzyła moje życie. Jednak wychodzę na prostą - jest nowa kobieta, nowy rok, nowa płyta, nowe doświadczenia, nowe perspektywy.

Chyba rzeczywiście poważniejesz.
Kryzys wieku średniego mi nie grozi, ale chcę trochę stonować. Nie mam już 20 lat, choć czuję się czasem jak nastolatek. Wciąż w moim życiu będzie rock’n’roll, ale nie chcę się tym spalać. Czytam właśnie biografię Anthony’ego Kiedisa z Red Hot Chilli Peppers. On dawał w żyłę 20 lat i trzyma się na topie. Po drodze tracił kumpli, a ich gitarzysta John Frusciante nie ma zębów. Nie życzyłbym sobie takiej kariery. Cieszę się, że wiele niebezpiecznych rzeczy mnie ominęło, choć robiłem też głupoty. To, o czym pisze Kiedis, to taki stopień sknurzenia i zepsucia, którego nie ogarniam - szprycować się koksem i heroiną tygodniami. Z własnych doświadczeń wiem, że jak usiądziesz na dobę do stołu i walisz koks, to jesteś zniszczony - nie masz chęci do życia, nie masz nic, jesteś wrakiem. A on ładował tygodniami. I zwiększał dawki, bo nie działało. Nie potrafię tego pojąć. Wystarczy mi problem z alkoholem i o nic więcej nie proszę. Chcę się wystrzegać innych konsekwencji bycia znanym muzykiem.


Myślisz o przyszłości?
Będę robić to samo co teraz, choć zakładam, że znacznie lepiej. To praca, tak żyją muzycy. Nie polega to na tym, by sobie wszczepić botoks w mordę, zostać jurorem w jakimś kiepskim programie, zrobić dwie reklamy... A jeszcze później? Mam bardzo dużo szczęścia w życiu i będę o nie dbał.


*Peja (Ryszard Andrzejewski), raper, właśnie wydał płytę "Styl życia G’N.O.J.A.".