"Fire It Up", podobnie jak twoje poprzednie płyty, to eklektyczna składanka. Nie skupiasz się wyłącznie na bluesie czy country. Boisz się zaszufladkowania?

Joe Cocker: Przy pracy nad albumem mam jakichś 70 pomysłów na numery. Muszę z tego wybrać tylko 11 i naprawdę nie zastanawiam się, czy potrzebujemy więcej ballad, czy mocniejszego country. Staram się wybierać najlepsze numery, nie patrząc na podział gatunkowy. Oczywiście muszę przy tym pamiętać o proporcjach. Sam bym pewnie wybrał więcej bluesa, ale też nie chcę przesadzić. Muszę patrzeć na fanów i zagrać bardziej popowo. Mam jednak nadzieję, że jeszcze przed śmiercią nagram wyłącznie bluesowy album.

Dlaczego jeszcze tego nie zrobiłeś?

To nie zależy tylko ode mnie. Nie wszyscy chcą zaryzykować. Nie wiedzą, czy się dostatecznie sprzeda.

Dla artystów z takim dorobkiem jak ty najprostszym sposobem na zarobienie pieniędzy są płyty z przebojami sprzed lat. Dlaczego wciąż wracasz do studia nagrywać nowy materiał?

Mam 68 lat i coraz trudniej nagrywa mi się płyty. Kiedy jesteś 20-letnią dziewczyną, łatwo przychodzi ci śpiewanie. Dla mnie to już nie jest proste. Tym bardziej kiedy pracuje się ponad pół roku, jak w przypadku "Fire It Up". Nowy materiał jest dla mnie jednak bardzo ważny, nie chcę odcinać kuponów od wcześniejszych dokonań. Lubię nowe wyzwania. Sesja "Fire It Up" była wyjątkowa, bo nagrywałem w studio z całym zespołem. Kiedy rejestrujesz osobno instrumenty i wokal, brakuje chemii, wzajemnego oddziaływania. Tutaj to słychać i bardzo nam na tym zależało. W tym przypadku śpiewałem z zespołem, nawet gdy nie rejestrowano mojego wokalu. Do rejestracji mojego głosu przetestowaliśmy sporo mikrofonów, także starych i udało się nam wybrać taki, dzięki któremu wszyscy mówią, że głos jest młodszy ode mnie. Komplementy należą się jednak nie mi, ale mikrofonom.

Twój zespół to dobrze zgrana załoga. Czy producent Matt Serletic, współpracujący też m.in. z Santaną, dobrze wkomponował się w kolektyw?

Pracowaliśmy już razem z Mattem przy "Hard Knocks". Bardzo angażuje się w pracę. Musiałem go nawet czasami hamować, bo chciał za bardzo wszystko dopieszczać. Nie tylko produkował materiał, ale też dogrywał klawisze.

Był pan świadkiem wielu przemian w muzyce. Jak ocenia pan dzisiejszy rynek muzyczny?

Jest kolosalna zmiana w technologii, ale też w zaangażowaniu. Teraz ludzie chcą wkładać mniej wysiłku w to, co robią, a popatrz na mnie, jak ja wyglądam, gdy śpiewam. Po paru kawałkach ledwo żyję. Młodym ludziom trudno się tak zaangażować. Ale pewnie miałbym to samo, jakbym śpiewał teksty w stylu "baby, baby, I love you, baby". Moje pokolenie podchodzi poważniej do tego, co robi. Wiem, że można teraz nagrać płytę za grosze, ale "Fire It Up" kosztowała nas fortunę, to półmilionowa produkcja. Po prostu wiem, że muszę przykładać się do pracy, bo wielu moich muzyków niespecjalnie działa poza graniem ze mną i liczą na to, że dam im pracę po prostu. Muszą na graniu zarobić na życie, na rodzinę.

W kwietniu rusza trasa koncertowa, która zahaczy także o Polskę. Jak będą wyglądały nowe koncerty?

To pewnie będzie moja ostatnia trasa. Podczas poprzedniego touru zagrałem 61 koncertów i byłem wykończony. Nie sądzę, bym był jeszcze zdolny do podobnych poświęceń. Co do scenicznej oprawy to niespecjalnie się nią zajmuję, nie planuję zmieniania kostiumów podczas koncertów. Chodzi mi tylko o to, żeby mieć czarną koszulę, bo wtedy mniej widać, jak się pocę.