Przy promocji pierwszej płyty mówiłaś, że jesteś osobą nieśmiałą i nie czujesz się dobrze w roli artystki. Czy przy nagrywaniu drugiej płyty było ci łatwiej?
Dillon: To nie do końca tak było. W roli artystki czuję się dobrze, nie jestem nieśmiała w sztuce, a moje teksty są bardzo bezpośrednie. Chodziło mi o to, że nie jestem dobra w kontaktach z ludźmi i nie przepadam za wywiadami. Również występy na scenie są dla mnie dziwnym doświadczeniem. A nagrywanie płyty wcale nie było łatwiejsze.

Podobno miałaś blok twórczy?
To prawda, przez prawie dwa lata nie mogłam niczego napisać. Zupełnie się tego nie spodziewałam, bo tworzyłam bez przerwy od szesnastego roku życia. Te wszystkie piosenki zebrałam na debiutanckim albumie "This Silence Kills" i zamknęłam pewien etap swojej twórczości. Potem rozpoczęły się koncerty, promocja i dopiero po kilku miesiącach zorientowałam się, że nie tylko nie mam czasu na tworzenie, ale również żadnego pomysłu na dalszą twórczość.

I co zrobiłaś?
Postanowiłam zrobić sobie przerwę i wrócić do normalnego życia. Wyjeżdżałam poza Berlin, na wycieczki do Francji, poleciałam też na kilka tygodni do Stanów. Te wyjazdy nie miały konkretnego celu, nie myślałam o tym, że muszę znaleźć inspirację. Chciałem posmakować życia i przeżyć coś nowego.

Jak udało ci się przełamać blok twórczy?
Pamiętam dokładnie ten dzień, zbudziłam się koło czwartej rano i zaczęłam pisać wiersz "The Unknown". W trakcie układania zdań zdałam sobie sprawę, że muszę zmienić perspektywę. Dotychczas pisałam o tym, co mnie otacza, inspirowały mnie banalne sytuacje. Postanowiłam skupić się na tym, co jest we mnie, co przeszłam w życiu, co obecnie czuję, i spróbować przełożyć to na sytuacje, które obserwuję.

W sumie płyta "The Unknown" powstawała przez pół roku – to był dla ciebie okres trudny czy raczej spokojny?
Trudny, mroczny i niepokojący. Wyłączyłam się ze świata, nie oglądałam filmów, nie czytałam książek, nie spotykałam znajomych. Wstawałam o tej czwartej rano i pisałam, koło 10 szłam do studia i nagrywaliśmy aż do wieczora. Pierwsze miesiące spędziłam z moim producentem w Hamburgu, ale potem zatęskniłam za domem i wróciliśmy do Berlina, żeby kontynuować nagrania.

Muzycznie płyta jest dosyć oszczędna i kameralna, twój głos przypomina raczej szept niż śpiew. To celowy zabieg?
Chciałam na tej płycie usłyszeć siebie, każde słowo i oddech, moment otwierania ust, poruszania językiem i wibrację strun głosowych. Do tego potrzebowałam dużo ciszy i skromnych aranżacji niezakłócających ekspresji. Mam też swój sposób nagrywania, trzymam mikrofon blisko ust, dzięki temu słuchacz ma wrażenie, że jestem blisko niego. To dla mnie ważne, ponieważ mówię o sprawach osobistych i intymnych, a to wymaga dużego skupienia i dobrego kontaktu.

Mówisz o osobistym charakterze piosenek, dlaczego nie nagrałaś ich w ojczystym języku portugalskim, tylko znów po angielsku?
Nie zastanawiałam się nad wyborem języka, bo po angielsku śpiewam od zawsze. Najlepiej czuję się z nim artystycznie i emocjonalnie. Jeśli chodzi o portugalski, to jest moim ojczystym językiem, ale nigdy nie miałam z nim szczególnego związku. Jak miałam pięć lat, przyjechałam z mamą do Niemiec i poszłam do angielskiej szkoły.

A nie kusiło cię, by zaśpiewać po niemiecku?
Chciałabym kiedyś to zrobić, bo niemiecki jest pięknym językiem i ma wiele ciekawych słów. Podziwiam na przykład Dirka von Lowtzow z Tocotronic, który pisze niezwykle poetyckie teksty. Daleko mi do niego, dlatego nawet nie próbuję tworzyć po niemiecku.   

Nie tęsknisz czasem za Brazylią, za tamtejszym klimatem, jedzeniem, ludźmi czy kulturą?
Nie, bo niewiele wiem o tym kraju i nie do końca go czuję. W Berlinie byłam po raz pierwszy na wycieczce w wieku 11 lat i powiedziałam sobie, że muszę tu wrócić. Wyjechałam studiować sztuki wizualne i nie chciałam nigdy stamtąd wyjechać. Nad Berlinem jest najpiękniejsze niebo, uwielbiam siedzieć wieczorami na parapecie i mogę patrzeć w nie w nieskończoność.

Dillon | Katowice, Warszawa, Poznań | 12–15 maja | Dillon-music.com