Marcin Cichoński: Granie koncertów w klubach - kiedy jesteś gwiazdą wieczoru jest fajne, bo wszyscy znają słowa piosenek, wiedzą kogo przyszli zobaczyć. A czego możemy się spodziewać w Krakowie, gdzie pojawisz się obok wielu innych gwiazd, a nie wszyscy widzowie będą czekali tylko na wasz występ?

Matthew Shultz*: Chciałbym uciec od prostej odpowiedzi na pytanie, ale uwierz - za każdym razem kiedy grasz na festiwalu jest zupełnie inaczej. Ale uwielbiam to. Traktuję to każdorazowo jako ogromne wyzwanie. Bo masz przed sobą ogromną publiczność - z tymi, co stoją pod sceną szybko nawiążesz kontakt, to najczęściej twoi fani. To często kobiety, które cię lubią (śmiech). Ale wracając do wyzwania - to trudne, ale za każdym razem próbuje ogarnąć ten rozbiegany tłum tak, żeby poczuł, ze jest w bardzo małej salce, a artysta jest kilka metrów od niego. Chciałbym, by koncert zamienił się w godzinny dialog z ludźmi, którzy gdzieś tam siedzą na trawie. Często gramy jako support - np przed takimi zespołami jak Foo Fighters czy Black Keys. Na festiwalach ustawiani jesteśmy jako jeden z pierwszych koncertów. I tak, tak - uwielbiamy to (śmiech) . Wchodzisz na scenę, kiedy ludzie jeszcze nie są rozgrzani i szokujesz ich porcją energii. A w tym naprawdę jesteśmy dobrzy. A czego możecie się spodziewać? Myślę, że zagramy bardzo dużo materiału z ostatniej płyty. Kto wie, czy nie wszystkie nagrania. 

No właśnie - wasza ostatnia płyta „Tell Me I’m Pretty” była nominowana do nagrody Grammy w kategorii „alternatywny rock”. Wielu to zaskoczyło, bo gracie rock tak klasyczny, jak tylko się da. Przeszkadza ci ta kategoryzacja?

Nominacja do takiej nagrody to zawsze miła rzecz. A co do kategoryzacji - nigdy się tym specjalni nie przejmowałem. Wielokrotnie zaglądałem do internetu i byłem bardzo zdziwiony tym, z jakimi określeniami się spotykam. A dziś, w świecie, w którym jest polaryzacja gatunków, gdzie wszystko się miesza ze wszystkim - to naprawdę przestaje mieć jakiekolwiek znaczenie. Kiedy zaczynaliśmy grać mówiono o na indie rock - ale zobacz teraz nikt już nie wie, czym indie rock jest. To jakaś pusta nazwa, bez jakiegokolwiek znaczenia. Ale potrzebna i mimo swej pustoty żywa, bo wytwórnie dzięki niej sprzedają więcej płyt - a dla muzyki to w sumie dobrze. Przewrotne jest to wszystko.

Trudnym zadaniem było, by tak wielki mózg jak Dan Auerbach, który skomponował dziesiątki przebojów z The Black Keys zaprosić na waszą płytę i to w charakterze głównodowodzącego, czyli producenta „Tell Me I’m Pretty”?

Nie było to łatwe, ale podczas wspólnych koncertów jakoś go przekonaliśmy. Do tej pory jestem pod ogromnym wrażeniem, bo Dan ma ogromną wiedzę o muzyce. On słucha wszystkiego. Podczas sesji zwracał nam uwag na takie rzeczy jak brazylijski jazz albo argentyński rock garażowy - byle tylko otworzyć nasze głowy, na to, co się dzieje, zainspirować nas. I jednocześnie bardzo byłem zaskoczony jak dużo wie o brzmieniu bardzo różnych instrumentów. Pokazał nam jak nasze instrumenty brzmiały w przeszłości i jak mogą, dzięki pracy w studiu, brzmieć. To niesamowity umysł. Czego mnie nauczył to poszukiwania właściwego celu, właściwego momentu do zakończenia nagrań. Niejednokrotnie chciałem pracować i próbować, mówiłem do Dana - „ale może spróbujmy jeszcze innych możliwości”, a on nazywał to autosabotażem, podważaniem raz i dobrze wykonanej pracy. Na koniec okazało się jednak, że miał rację - muzyka brzmiała dokładnie tak, jak brzmieć miała. A jednocześnie w tym co i jak robił był bardzo ludzki, pełen zrozumienia - to rzadkie połączenie cech.

Osiągnęliście takie brzmienie, o jakim marzyłeś?

Poprzedni album „Melophobia” brzmiał już naprawdę bardzo dobrze. Wiesz, pierwsze dwa albumy były nagrane na olbrzymim żywiole. Wtedy jeszcze nie mogłem uwierzyć, że to wszystko dzieje się naprawdę. Brzmią energicznie, radośnie, ale nie powiedziałbym, że ta powinny brzmieć rockowe albumy. Byliśmy chyba tak podnieceni faktem, że nagrywamy muzykę, że zapomnieliśmy o wielu innych szczegółach. Ale od tego czasu bardzo się rozwinęliśmy. Dużo dało nam granie koncertów przy boku największych - podpatrywanie ja dzień w dzień profesjonalnie… Ale czuję, że chyba zaczynam mówić o czymś innym, nie odpowiadam na Twe pytanie…

To była doskonała odpowiedź na moje pytanie. Wspomniałeś o małej miejscowości w Kentucky. Czytałem, że bardzo długo pracowałeś tam na budowie jako hydraulik.

Tak i za wszelką cenę chciałem się od tego uwolnić. Przychodził poniedziałek, wstawałem więc o czwartej nad ranem - jechałem na budowę, pracowałem cały dzień, ale w głowie miałem już tylko to, że chcę jechać na próbę i wraz z chłopakami trenować, ćwiczyć i próbować do upadłego. tak właśnie robiliśmy - często zarywając wieczór i noc. A o czwartej nad ranem trzeba było znów wstać i iść na budowę. Uwierz, to były ciężkie czasy i nawet nie wiesz, jak cieszę się, że mogę teraz robić to, co lubię i jeszcze na tym zarabiać. Moje życie to koncerty. Gdybym mógł wybierać jeszcze raz - nigdy bym nie zmienił swego wyboru. Uwielbiam ten moment, kiedy mogę wreszcie ruszyć w trasę koncertową i zagrać. Festiwale to moje życie - z innymi artystami możesz pogadać na swobodnie przy piwie na zapleczu, możesz posłuchać artystów, których wcześniej znałeś tylko z radia. Teraz, kiedy siedzę w domu dłużej niż tydzień zaczynam się męczyć. Już nie mówię tylko o tym, że biorę za gitarę i coś tam sobie gram. Uwierz nie jeden raz w tym momencie uświadamiam sobie, że nie muszę iść do pracy, nie muszę męczyć się na budowie.

A co byś doradził tym, którzy w tym momencie karierę muzyka dopiero zaczynają i ruszają w swą pierwszą trasę koncertową?

Nie bądź nieśmiały - bierz życie tak, jak biorą to rockowe gwiazdy. Bądź dumny z tego co robisz, ale nie zapominaj skąd się wziąłeś. Ale każdego dnia miej oczy otwarte, obserwuj z szacunkiem innych i ucz się. Codziennie się czegoś ucz. Ciężko pracuj. I jak dodatkowo będziesz miał mnóstwo szczęścia, być może uda ci się spełnić swe marzenia (śmiech).

Matthew Shultz - wokalista i gitarzysta amerykańskiej grupy rockowej Cage The Elephant. Zespół przyjedzie w sierpniu na Live Festiwal do Krakowa.