Właśnie wiązanie się z koncernem to recepta na ciężkie życie. Wytwórnie narzucają ci własny tryb pracy i kontrolują cię, marnują twój czas na promocję i nie dają
należnych pieniędzy. A my wypracowaliśmy dużo zdrowszy model funkcjonowania. Rozkładamy na cały rok maksymalnie 60 koncertów - bo nie da się przecież spędzić dwóch miesięcy z tymi samymi
facetami w jednym vanie! Sami dźwigamy swój sprzęt, żeby dbać o formę fizyczną i nie marnować czasu przed czy po koncercie na picie. Staramy się zmieniać nasz repertuar co kilka lat, żeby
nie grać w kółko tego samego. I wreszcie gramy w innych składach, żeby rozwijać się indywidualnie.
To chyba mogą tylko ocenić moi słuchacze. Ja sam kieruję się przede wszystkim instynktem – nie interesują mnie podziały gatunkowe, tylko ludzie i ich indywiudalny sposób grania.
Tacy artyści jak Kaffee Matthews fascynują mnie tym, że potrafią tworzyć zupełnie zaskakujące dźwięki elektroniczne, nad którym nie mają często kontroli. Z drugiej strony saksofonista Ken
Vandermark ma instrument opanowany do perfekcji i improwizowanie z nim jest zupełnie innym doświadczeniem. Podobnie z DJ-em Rapture, który nauczył mnie trzymania się rytmu, albo z kompozytorem
Iannisem Kyriakidesem – u niego podpatrzyłem, jak konstruować utwory na żywo.
Nigdy nie brałem lekcji gry na gitarze i nie chcę być wirtuozem instrumentu czy mistrzem jednego stylu, bo to jest nudne. Samemu szukam melodii czy akrodów, nie używam też efektów, bo z samej
gitary można wycisnąć wiele dźwięków. Chociaż mógłbym równie dobrze grać na flecie, bo chcę tylko móc wyrażać własne pomysły. Trudno powiedzieć też, żebym dalej był punkowcem, bo
w połowie lat 90. przełomem było dla mnie odkrycie improwizacji. Najpierw występowałem z Terriem, żeby czuć się bezpieczniej na scenie. W końcu stawałem przed ludźmi i musiałem zagrać
coś innego niż gotowy utwór. Czasem wychodziło nam lepiej, czasem gorzej, ale zawsze jest ryzyko i poczucie tego, że zrobiliśmy coś świeżego. Potem współpracowałem z Kaffee Matthewsem, w
trio z Johnem Butcherem, Thomasem Lehnem i tak te składy zmieniają się do dziś.
Skład został wymyślony przez organizatora jednego z festiwali. Pomysł był taki, że są dwa duety, które grają ze sobą od lat i mają stworzyć kwartet. Na początku nie było łatwo, bo Ken
i Paal są świetnie zgranymi i doświadczonymi muzykami. Udało nam się wreszcie znaleźć porozumienie, wypracowaliśmy bardziej abstrakcyjną formułę grania – to nie jest jazz, rock
czy punk. Ken gra dużo swobodniej niż zazwyczaj, a Paal w końcu może pokazać wszechstronne umiejętności. Chcemy naświetlić słuchaczom ten proces wypracowywania wspólnego języka w ten
sposób, że najpierw grają oni w duecie, potem dołączamy do nich w kwartecie, potem my dwaj zostajemy na scenie i na koniec znów jesteśmy we czwórkę.
Zasada jest taka – najważniejszy jest zespół, czyli cztery osoby, które razem piszą piosenki i występują. Musi być między nami dobre porozumienie, żebyśmy mogli zabierać się za
dodatkowe projekty. A nie na odwrót, że jesteśmy znudzeni zespołem i mamy ochotę na coś innego. Staramy się też rozbudowywać skład i nie wpadać w rutynę z naszym repertuarem. Kiedyś
nagrywaliśmy z wiolonczelistą Tomem Corą czy improwizowaliśmy z perkusistą Hanem Benninkiem. Stworzyliśmy nawet dwudziestooosbowy bigband The Ex Orkest. Poza tym od lat jeździmy do Etiopii,
gdzie współpracujemy z różnymi muzykami i z legendarnym saksofonistą Getatchewem Mekurią. W tym roku odbyliśmy też trasę po Europie i Stanach. A na przyszły rok szykujemy kolejny projekt
the Ex + Brass Unbound m.in. z Matsem Gustafsonem i Kenem Vandermarkiem. To będzie znów nowa odsłona naszego zespołu.
To prawda, granie z The Ex przestało mu sprawiać satysfakcję i postanowił skupić się na pisaniu. Jego miejsce zajął Arnold De Boer z Zea i po zagraniu około 30 koncertów mogę powiedzieć,
że w końcu się dotarliśmy. Właśnie skończyliśmy nagrywanie EPki, a w przyszłym roku zabieramy się za album. Otwieramy nowy etap w historii The Ex.