"I Dreamed A Dream"
Susan Boyle
Wyd. Sony Music 2009



48-letnia Szkotka pobiła wszystkie rekordy sprzedaży w Wielkiej Brytanii - w tym ten ustanowiony przez Arctic Monkeys trzy lata temu przy okazji premiery ich debiutu "Whatever People Say I am, That’s What I’m Not", który rozszedł się w liczbie 360 tysięcy sztuk. "I Dreamed A Dream" już w dniu premiery kupiło 410 tys. fanów - wszystko za sprawą systemu internetowej przedsprzedaży. Debiut Boyle można było zamówić w sklepie Amazon już trzy miesiące przed datą oficjalnej premiery.



Cover za coverem

Czy to oznacza, że skromna Szkotka stanie się nową królową popu? Mało prawdopodobne, bo wokalistka od początku nie potrafiła poradzić sobie ze sławą (przeżyła poważne załamanie nerwowe po przegranej w finale programu). Nie wspominając o tym, że nie ma na siebie pomysłu. Jej debiut zawiera same covery.

Przypadek Boyle to kolejny dowód na to, że programy w rodzaju "Mam talent" bardziej niż wynajdywaniu prawdziwych talentów służą rozładowywaniu społecznych frustracji. Susan Boyle to poprawna amatorka, traktująca każdy utwór nachalnym wibrato. To cecha wszystkich sentymentalnych śpiewaków, by wymienić Andreę Bocelliego, Celine Dion czy nie przymierzając, Marka Torzewskiego. Jej debiut to zbiór bardzo przeciętnie wykonanych coverów klasycznych popowych kompozycji mających zadowolić jak najszerszą publiczność. Znalazły się wśród nich m.in. tytułowy "I Dreamed A Dream" z musicalu "Nędznicy" i "You’l See" Madonny.


Amerykański sen

Szkocka wokalistka jest zaprzeczeniem wszystkich ideałów współczesnej gwiazdy popkultury – zanim zdecydowała się na udział w reality show, była bezrobotną, nieatrakcyjną i odrobinę zdziwaczałą panią, uosobieniem szarości i przeciętności. Kiedy po raz pierwszy pojawiła się na castingu, wszyscy spodziewali się spektakularnej porażki, z której przez kolejne miesiące będzie się można śmiać na YouTubie. Tymczasem okazało się, że Szkotka potrafi całkiem nieźle śpiewać, co udowodniła wykonaniem "I Dreamed A Dream". Dzięki temu jej występ nabrał cech amerykańskiego snu spełniającego marzenia o sławie.

Boyle udowodniła, że gwiazdą może być każdy, a przecież to na tym właśnie złudnym przekonaniu opiera się cały współczesny przemysł rozrywkowy. Jak bardzo ludzie są przywiązani do tego mitu, przekonuje przypadek poprzednika Boyle, śpiewaka Paula Pottsa, zwycięzcy pierwszej edycji brytyjskiego "Mam talent". Wielu dziennikarzy i fanów oburzyło się na informację, że sprzedawca telefonów nie jest zupełnym amatorem - przed występem w programie regularnie koncertował z lokalną orkiestrą i brał udział w warsztatach prowadzonych przez Pavarottiego. To nie pasowało do wizerunku "geniusza z ludu".


Harlequin zamiast sztuki

Z historii Susan Boyle powinni wyciągnąć wnioski wszyscy, których oburzyły wyniki głosowania w ostatnim półfinałowym odcinku polskiej edycji "Mam talent". Wielu czuło się zawiedzionych, że zamiast utalentowanej Anny Gogoli, która świetnie poradziła sobie z trudnym coverem utworu "Piece Of My Heart" Janis Joplin, do finału wszedł skromny Alexander Martinez. To Filipińczyk, który w poszukiwaniu szczęścia wyemigrował do Polski, gdzie znalazł sobie żonę. Nie zdziwiło mnie to ani trochę, bo publiczność nie chce pięknych głosów, tylko pięknych historii.

Już dawno zrozumieli to twórcy komedii romantycznych i wydawcy serii Harlequin... I podobnie jak szybko publiczność zapomina o kolejnej komedii romantycznej, zapomni też o Susan Boyle.