Wydana właśnie płyta koncertowa Leonarda Cohena „Live At The Isle Of Wight 1970” to już drugi w tym roku album live Cohena (piąty w karierze) i gdyby nie wybitny poprzedni „Live In London”, można by myśleć, że wielkiemu bardowi po prostu należy się wydawnictwo ukazujące jeden z ważnych etapów kariery. Jednak w porównaniu z wielkim albumem z Londynu, ten nie rzuca na kolana. Rzecz raczej tkwi w uchwyceniu momentu, gdy Cohen zaczął być ważnym artystą, i w uzmysłowieniu, dlaczego jego muzyka była potrzebna ludziom. Płyta z materiałem sprzed 40 lat ma walor dokumentacyjny i wierność zapisu, co pozwala śledzić tok koncertu – piosenki, wiersze, przypowieści Cohena wpisują się w spontaniczny rytm festiwalu Isle Of Wight.

Ciekawe jest zestawienie akustycznych piosenek z przestrzenią koncertu. Zespół schowany jest za głosem Cohena, i czasem ma się wrażenie, że artysta śpiewa tylko z akompaniamentem gitary i chórkami (było to przed instrumentalną rewolucją, jaką przeprowadził na jego muzyce Phil Spector). Brak perkusjonaliów, bezmiar ciszy w pauzach utworów i aplauz 600-tysięcznej widowni tworzą napięcie, które jednak niknie w połowie albumu. Głosy tłumu stopniowo milkną w miarę, jak Cohen śpiewa, ale piosenki nie rozwijają się w nową historię, którą wymusiłaby na bardzie aura festiwalu. Na to nakłada się zmęczenie, wynikłe z samego faktu wyjścia na scenę o 2 nad ranem.


W wersji DVD widzimy, jak Cohen patrzy w ciemność nocy, ponad głowami wielotysięcznego tłumu. Artysta miarowo odmierza czas balladami i jego tłumiona osobowość robi wrażenie. Zadebiutował zaledwie trzy lata przedtem i jest kimś nowym, kimś, kto natchnioną, cichą, gorzką muzyką spowalnia bieg rzeczy. Kto, w odróżnieniu od Boba Dylana i Joan Baez pozwala słuchaczom wkroczyć głębiej we własne wnętrza i zająć się głównie sobą. Oto narodziny depresyjnego folk rocka, oto nowy guru wielkomiejskich dzieci kwiatów, mający stać się jednym z najbardziej wpływowych artystów XX wieku. Brak tu fajerwerków artystycznych na miarę „Live in London”, ale dla fanów płyta ta będzie znakomitym dowodem na to, że Cohen zawsze potrafił potwierdzić, jak ważną muzykę tworzy.

Ten krążek pokazuje, że dziś albumy live często pełnią rolę zapychacza dla wydawców. Stają się odrzutami, do których wkłada się wszystko, co można jeszcze sprzedać. Fani mają się najeść, aż pękną. Wyjątkiem są koncerty Davida Bowiego, starannie zaplanowane, które na równi z albumami studyjnymi tworzą klasykę rocka. A także ostatnia płyta Toma Waitsa „Glitter and Doom Live”, będąca podsumowaniem ostatnich 20 lat kariery. Waits jednak sam pieczołowicie wybierał utwory z mnogości wersji. Cohen jest w szczególnej sytuacji, bo poprzednia menedżerka zostawiła go ze skromnymi 100 tysiącami funtów, więc artysta musiał znów zacząć zarabiać koncertami. W jak znakomitej formie jest dziś (o wiele bardziej imponującej niż przed 4 dekadami) pozwala zobaczyć doskonale wyprodukowany album „Live In London”, na którym nad 75-letnim bardem wisi nastrój religijnego skupienia.


Inne, choć też podniosłe emocje wywołują występy Paula McCartneya. Zagrał ich już ponad 3 tysiące i nie zanosi się, by szedł na emeryturę. Wydany właśnie trzypłytowy (DVD+CD) album live „Good Evening New York City” to dowód na jego witalność i klasę. Dokumentujący 3-dniowy występ muzyka na nowojorskim Citi Field (dawne Shea Stadium) krążek jest arcydziełem producenckim. Został sfilmowany z 15 kamer znajdujących się na i poza sceną, a obraz z dodatkowych 75 aparatów pochodzi z cyfrówek, wręczonych wybranym fanom. Ale nie to jest najważniejsze. Dla McCartneya ten występ to symbol. W 1965 roku Beatlesi zagrali tu jeden ze swoich najważniejszych koncertów, zarazem pierwszy wielki koncert stadionowy w historii. Rok później liverpoolska czwórka zagrała publicznie ostatni raz. Zamknęli się w studiu na wiele miesięcy i odtąd przez kolejnych pięć lat wydawali wybitne, prekursorskie płyty.

McCartney wrócił w to miejsce po 44 latach, by uczcić pamięć Johna Lennona, George'a Harrisona i swojej żony Lindy. Świadczą o tym nie tylko utwory napisane dla nich, jak „Here today” (napisane po śmierci Lennona). Jest tu masa wybrzmiewających z mocą najlepszych beatelsowskich kawałków, jak „Drive My Car”, „Got To Get You Into My Life”, „Blackbird”, „The Long And Winding Road”, „Helter Skelter”, „Eleanor Rigby”, „Hey Jude”. Jest także szczególny hołd dla Lennona, medley „A Day In The Life” i „Give Peace A Chance”. Są utwory z czasów Wings i późniejszej, solowej kariery McCartneya, które wypełniłyby niejedno artystyczne życie. Ale dla 67-letniego Paula liczą się dwie rzeczy: świetna zabawa i wspomnienie przyjaciół. To w końcu on powtarza: „Chcę grać stare piosenki, bo nasze przeboje powstawały, by podobać się ludziom”. Album ten zadaje kłam wielu niesprawiedliwym ocenom Paula jako stojącego w cieniu jego talentu. McCartney też jest geniuszem, choć prawie trzygodzinny koncert może znużyć, zanim się o tym przekonamy. Nawet najstaranniejszy wybór kilkudziesięciu piosenek live rzadko kiedy daje takie pojęcie o artyście jak album studyjny – chyba że daje odpowiedź, dlaczego jest wybitnym muzykiem.