Nie, raczej jesteśmy podekscytowani faktem, że ludzie wciąż o nas pamiętają i będą chcieli kupić tę płytę. Jesteśmy spokojni, ponieważ wiem, ile pracy w nią
włożyliśmy. Siedzieliśmy w studiu prawie osiem miesięcy od rana do wieczora i staraliśmy się uczciwie przygotować jak najlepszy materiał zupełnie od zera. W naszym podejściu do muzyki
niewiele się zmieniło - wciąż najważniejsze jest dla nas to, żeby pisać tak dobre piosenki, żeby nawet po roku grania ich bez przerwy wciąż sprawiały nam przyjemność.
Tu muszę się z tobą nie zgodzić, akurat jestem dużym fanem tych zespołów i uważam, że nie odwalają fuszerki. Gdyby tak było, to nie byłoby takiego zamieszania wokół ich albumów
zapowiadanych na przyszły rok. Moim zdaniem problem polega na trudności w ocenieniu drugiej płyty. Pierwsza jest zawsze świeża, pełna nawiązań do innych zespołów i przez to łatwa do
opisania. Na drugiej muzycy zaczynają dopiero szlifować własny styl. Dlatego w przypadku naszego albumu „Contra” spodziewam się, że recenzenci zamiast „ta piosenka
brzmi jak połączenie The Storkes i afropopu” będą pisali „ta piosenka brzmi jak Vampire Weekend na pierwszej płycie”. Ale na ile styl zespołu jest rzeczywiście
rozwojowy, można będzie przekonać się dopiero po kilku latach - jeśli wcześniej grupa się nie rozpadnie.
Trudne mi odpowiedzieć na to pytanie. Wiesz, kiedy zaczynała się ta dekada, miałem dopiero piętnaście lat, więc nie mam żadnego porównania. Z lat 90. pamiętam niewiele – trochę
hip-hopu i popu, bo na grunge i pop-punk byłem jeszcze za młody. Zresztą, czy te nurty były takie ciekawe i odkrywcze? Dla mnie ta nowa epoka rozpoczęła się od debiutów zespołów, które
wcześniej wymieniłeś. To ich muzyka była dla nas inspiracją i pewnym punktem odniesienia dla Vampire Weekend.
A widzisz sens w kopiowaniu zespołów, które się lubi? Można grać ich covery na początku, ale nie oszukujmy się – nigdy nie będziesz od nich lepszy. Po zachłyśnięciu się tymi
wszystkimi grupami jako nastolatek poszedłem na studia i tam nastąpił przełom. Poznałem chłopaków z zespołu, zaczęliśmy odkrywać muzykę, ale też przesiadywaliśmy w bibliotekach,
zajmowaliśmy się literaturą, kulturą, sprawami społecznymi. Uniwersytet of Columbia to instytucja liberalna, która stawia na rozwój własnych studentów, i my staraliśmy się to w pełni
wykorzystać. W tym sensie reprezentujemy nowe pokolenie, dużo bardziej złaknione informacji, ciekawsze świata i otwarte na wpływy. Wyrazem tego miał być też zespołu - chcieliśmy zrobić
krok do przodu, a nie tylko oglądać się ciągle za siebie.
To było jakieś nieporozumienie. Autor tekstu nigdy z nami nie rozmawiał i postawił kuriozalną tezę chyba w oparciu o to, że nosimy koszule zapięte pod szyje. Do tego miał nam za złe, że
studiowaliśmy ma prestiżowej uczelni. Te zarzuty zawierają w sobie gorycz typową dla przedstawicieli klasy średniej, którzy dzielą ludzi na klasy i wierzą w mit selfmademana. Według nich do
wszystkiego trzeba dojść samemu. Tylko że my nie jesteśmy rozpuszczonymi amerykańskimi dzieciakami. Rodzice klawiszowca Rostama Batmanglij są Irańczykami, wokalisty Ezry Koeniga są
pochodzenia żydowskiego, a moi polskimi i włoskimi imigrantami. Każdy z nas przeszedł długą drogą do obecnego momentu i nie uważamy się za elitę.
Do pewnego stopnia tak. Mieliśmy taki pomysł, żeby nasz muzyka miała gorący, kalifornijski klimat. Podczas trasy koncertowej po raz pierwszy trafiliśmy na południe Stanów i byliśmy pod
wrażeniem. Przypomniały nam się popularne filmy z lat 80., ale też dostrzegliśmy, że teraz to już nie jest raj na ziemi - ludzie nie mają pracy i też boleśnie odczuwają skutki kryzysu.
Piosenki są więc słodko-gorzkie - np. w „Holiday” bohaterowie nagle przerywają wakacje i muszą wracać na wojnę do Iraku. W porównaniu z pierwszą płytą, ta jest
dojrzalsza, ale nadal wolimy posługiwać się metaforami, niż mówić wprost.
No właśnie, bo rozstrzał stylistyczny będzie duży. Utwór „Cousins” spokojnie mógłby się znaleźć na naszym debiutanckim albumie, są gitary, melodie, żywy rytm - to
idealne otwarcie albumu. Potem na słuchacza czekają same niespodzianki jak „Horchata”, w której aranżacje i brzmienie są gęste, ale gitary nie ma. Będą też dwie ballady
„Taxi Cab” I „I Think Ur A Contra”, bo zdaliśmy sobie sprawę z tego, że za pierwszym razem ich zabrakło. Na płycie „Contra” utwory
mają różne rytmy, długości i brzmienia, dzięki czemu nie jest taka jednorodna jak debiut.
Zawsze będą, bo uczyliśmy się grać, słuchając płyt artystów z Madagaskaru, Senegalu czy Nigerii. Nie można tak po prostu zacząć nagle nagrywać zwykłych rockowych riffów. Ta tradycja
jest dla mnie obca. Kiedy gram na basie w naturalny sposób odwołuję się do muzyki afrykańskiej, którą m.in. w domu puszczali mi rodzice. Ale obawiam się, że dziennikarze trochę przesadzili,
klasyfikując nas lekką ręką jako zespół afropopowy. To jedna z wielu inspiracji, obok post-punka czy muzyki klasycznej. Przez płycie „Contra“ może warto, żeby słuchacze
zwrócili uwagę na aranżacje czy harmonie, bo może skojarzą im się z barokiem? Dzięki temu dostrzegą coś innego w naszej muzyce.
Byrne jest naszym wspólnym bohaterem – bez wątpienia. Jego podejście do sztuki, wizerunku, łączenia gatunków, pisania tekstów zawsze nam imponowało. Osobiście cenię ludzi, którzy
potrafią się całym czas zmienia i zaskakiwać. Dlatego moim mistrzem zawsze był David Bowie za to, co robił w latach 70., jak odnajdował się w różnych konwencjach i pisał świetnie
piosenki. Ale Bowie czy Byrne jest tylko jeden, my też chcemy być zespołem jedynym w swoim rodzaju.