Dziennik Gazeta Prawana logo

Joss Stone: Wy naprawdę przeżywacie muzykę

29 grudnia 2009, 17:05
Ten tekst przeczytasz w 7 minut
Joss Stone: Wy naprawdę przeżywacie muzykę
Inne
Joss Stone mimo młodego wieku jest już dojrzałą artystką, która w dodatku posiada jeden z najbardziej charakterystycznych dziś soulowych głosów. Przy okazji premiery nowego albumu brytyjska wokalistka opowiada o swojej fascynacji artystami starej daty i pierwszej wizycie w Polsce.


Och nie – po prostu dość późno wstałam i właśnie pichcę sobie śniadanie. Z powodu niedawnej premiery mojej nowej płyty zupełnie nie miałam głowy do bożonarodzeniowych przygotowań i jestem ze wszystkim spóźniona. To koszmar – nie mam jeszcze żadnych prezentów i nie wiem, jak spędzę wigilijny wieczór!


Szczerze mówiąc, nie zwiedziłam zbyt wiele, bo byliśmy tu tylko jeden dzień, więc większość czasu spędziłam na scenie i w hotelu, ale muszę przyznać, że opinie o polskiej publiczności są jak najbardziej prawdziwe. Wy naprawdę przeżywacie muzykę o wiele intensywniej niż publiczność np. w Anglii. Bardzo mi się podobało to zaangażowanie fanów, więc na pewno tu wrócę. Jeszcze nie wiem kiedy, bo cały czas planujemy na bieżąco trasę promującą „Colour Me Free”, ale to tylko kwestia czasu. Polskę znam też z opowieści mojej babci, który była tu na wakacjach. Opowiadała mi sporo o fascynującej historii waszego kraju. Słyszałam też legendy o waszej wódce, choć nie miałam okazji jej spróbować. (śmiech)


Cóż, Wellington to moje rodzinne strony i czuję się tam bardzo swobodnie, a wolność wyboru to dla mnie podstawa. Nie przepadam za wielkimi studiami, bo tam zawsze jest napięta atmosfera i masz wrażenie, że każda minuta kosztuje fortunę. W takich warunkach trudno się zupełnie wyluzować i dać się ponieść emocjom. A dla mnie najważniejszy jest klimat, w jakim tworzę. Muszę czuć się bezpiecznie i komfortowo, bo inaczej wokale nigdy nie brzmią autentycznie. A że w okolicy nie ma żadnego sensownego studia, to nagrywaliśmy w klubie – to nie ma dla mnie aż takiego znaczenia. I tak zawsze najważniejsze są dobre kompozycje i wykonanie. Resztę można zawsze dograć w studio, ale braku emocji niczym się nie da zreperować. Oczywiście na pewnym etapie produkcji praca w studio jest nieunikniona, ale najważniejsze partie powstały tu na miejscu.


Szczerze mówiąc, nie, tym bardziej że już na wcześniejszych albumach proponowałam swoje rozwiązania w niektórych kwestiach producenckich. Studio jest dla mnie naturalnym środowiskiem. Lubię siedzieć nad aranżami, dopracowywać piosenki i słowa, więc praca z muzykami jest dla mnie czymś normalnym. Bez problemu dogadywałam się ze wszystkimi, tym bardziej że znowu miałam szczęście pracować z fantastycznymi muzykami, takimi jak: Jeff Beck, Sheila E., Raphael Saadiq czy David Sanborn. Wszystko szło tak gładko, że główne partie powstały w zaledwie tydzień w 2008 roku.


EMI w końcu zdecydowało się wydać tę płytę, ale mam ich dość i oczywiście rozglądam się na nową wytwórnią. Przy najbliższej okazji zamierzam się od nich odciąć, ale więcej o tym nie mogę mówić, bo mi zabroniono.


Wiesz, nie zastanawiałam się nad tym. Ja nie planuję, jak będą wyglądały kolejne płyty. Jeśli akurat inspiruję się reggae, jazzem czy soulem, to siłą rzeczy zaczynam przesiąkać konkretnymi wpływami i powstają piosenki będące wypadkową moich obecnych inspiracji. Tak więc odpowiadając na twoje pytanie – to, że na „Colour Me Free” jest więcej soulu utrzymanego w starym stylu, oznacza, że takiej właśnie muzyki słuchałam w momencie nagrywania płyty.


Nie wiem, czy to jest związane wprost z wiekiem, ale tak się składa, że zdecydowana większość muzyków, których cenię, to ludzie starszej daty. Myślę, że to kwestia tego, że oni po prostu potrafią grać na instrumentach. Bo wielu młodym muzykom – zarówno wokalistom, jak instrumentalistom – wydaje się tylko, że potrafią wykonywać muzykę. Są niedokładni, przeciętni technicznie i leniwi. Wydaje im się, że wszystko można poprawić w studio na etapie postprodukcji. Wokaliści śpiewają raz refren i sądzą, że słuchacze nie zauważą, że ten sam refren jest kopiowany kilka razy komputerowo w innych częściach piosenki. To dlatego większość muzyki tworzonej przez młodych ludzi jest dziś pozbawiona duszy – wykoncypowana i zmanipulowana. W czasach największej świetności Raya Charlesa nie było takich historii – żeby porwać publikę, musiałeś się naprawdę napracować. Jak nagrywałeś piosenkę, to od początku do końca. To nie przypadek, że kompozycje sprzed kilkudziesięciu lat mają w sobie konkretną dramaturgię, rozwijają się w naturalny sposób. Tego brakuje we współczesnych piosenkach – poszatkowanych i posklejanych w studiu.


Mój rzekomy konflikt z Lilly Allen jest rozdmuchany przez media. Nic do niej nie mam. Tworzymy odmienną muzykę i zupełnie nie wchodzimy sobie w drogę. Brytyjskie media przekręciły moją wypowiedź a propos oferowania darmowej muzyki w sieci. Chodzi o to, że uważam, że w moim przypadku rozdawanie muzyki za darmo może mi przynieść wyłącznie same korzyści. Widzę to tak – jeśli tworzę dobrą muzykę, ludzie chcą po nią sięgać. Jeśli naprawdę ją lubią, to polecą ją swoim znajomym, kupią płytę i przyjdą na koncert. Tak czy siak wyjdę na swoje, bo ten system działa jak wirus. Co innego, jeśli jest się artystą popowym, takim jak Lilly Allen. Ona gra mało koncertów, a jej głównym źródłem dochodu są hitowe single, więc siłą rzeczy darmowe pliki w sieci uderzają w nią bardziej finansowo. Natomiast nigdy nie twierdziłam, że ona jest gorszą artystką dlatego, że nie gra wielu koncertów czy jest kiepską wokalistką – jesteśmy zupełnie inne.


(śmiech) Brytyjskie media również z nią chcą mnie skonfliktować. Piszą, że tworzymy ten sam rodzaj muzyki i że walczymy o koronę królowej muzyki retro. Co za bzdura! Dla nich Amy Winehouse, Duffy i ja niczym się nie różnimy. Tymczasem Amy porusza się bardziej w rejonach jazzu i soulu, a Duffy bliżej do retro popu niż do soulu. Nie wspominając o tym, że różnimy się w kwestiach tematyki naszych piosenek. Ja np. cenię Winehouse głównie za teksty – bardzo prawdziwe i osobiste. Szczególnie lubię jej pierwszy album „Frank”, do którego często powracam.


Na pewno nie potrafiłabym wykonać lepiej jej własnych piosenek – są zbyt intymne, za bardzo związane z samą osobą Winehouse. Poza tym cóż to znaczy „lepsza wokalistka”? Obie mamy świadomość swoich głosów i potrafimy ich używać. Jesteśmy po prostu inne, ot cała rewelacja. (śmiech)

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Świadczenia, emerytury, podatki, zmiany przepisów, newsy gospodarcze... To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik Radzi. Chcesz się dowiedzieć, kto może przejść na wcześniejszą emeryturę? A może jakie ulgi można odliczyć od podatku? Kto może otrzymać środki w ramach renty wdowiej? Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj