"Wydawanie płyt z muzyką klasyczną jest w Polsce działalnością niekomercyjną - wyjaśnia Małgorzata Polańska, szefowa firmy fonograficznej Dux. - W praktyce zwalnia nas to z ciężaru rynkowej konkurencji. Natomiast nasza działalność zależy od jednorazowych dotacji oraz współpracy z innymi instytucjami, a sukcesem staje się sam fakt utrzymania katalogu".

Zaskakująca deklaracja, wziąwszy pod uwagę, że Dux wydaje rocznie kilkadziesiąt pozycji, zbiera w światowej prasie kilkaset entuzjastycznych recenzji i współpracuje z tak znakomitymi zagranicznymi muzykami, jak rosyjski wiolonczelista Ivan Monighetti czy brytyjski pianista Kevin Kenner. Niestety tytuły, które potrafią na siebie zarobić, stanowią w tym tłumie zaledwie garstkę. Tajemnica egzystencji warszawskiej firmy opiera się na dochodach z pracy zatrudnionych w niej znakomitych reżyserów dźwięku. Imponujący katalog Dux to poniekąd uboczny efekt ich prywatnej pasji.



Wino zamiast płyt

W tym kontekście nie dziwi epizodyczny charakter działalności ich potencjalnych konkurentów. Kilka znakomitych tytułów wydawanych rokrocznie przez BeArtOn czy CD Accord Music Edition tonie w oceanie światowego rynku fonograficznego. Z kolei potencjał Radiowej Agencji Fonograficznej (ogromne archiwa) zaprzepaszczony zostaje przez biurokratyczny, programowy oraz marketingowy chaos, zaś szumną działalność Narodowego Instytutu Audiowizualnego (8 wydawnictw muzycznych na przestrzeni 5 lat...) wypada skwitować milczeniem.

Nie inaczej wygląda sytuacja na rynku płyt importowanych, którego krwiobieg napędza determinacja pasjonatów. "Nasz rynek jest oczywiście o wiele mniej chłonny niż niemiecki, francuski czy brytyjski - wyjaśnia Andrzej Keller z firmy CMD, dzięki której możemy w Polsce słuchać nagrań Jordiego Savalla, René Jacobsa i... Antoniego Wita. - Ale jego struktura niewiele się różni. Z jednej strony mamy niezbyt odkrywcze artystycznie wytwórnie głównego nurtu oraz ogromne, monopolistyczne sieci sklepów. Z drugiej natomiast: niewielkie, ambitne wydawnictwa, często zakładane przez samych artystów, zespoły czy festiwale, dla których największy problem stanowi dotarcie do odbiorców".


W kraju rolę "wąskiego gardła" spełnia niesławny Klub Międzynarodowej Prasy i Książki. Realizowana przez EMPiK - pod pretekstem kryzysu gospodarczego - polityka monopolistyczna doprowadziła większość niezależnych dystrybutorów na skraj bankructwa. Jeden z nich podjął już decyzję o przebranżowieniu się na... handel winami. W próżni wylądowały w związku z tym m.in. nagrania Marka Minkowskiego, dyrektora artystycznego orkiestry Sinfonia Varsovia.



Można żyć bez muzyki

Można oczywiście przyjąć, że polski rynek nie dojrzał jeszcze do ekskluzywnych produktów fonograficznych. Przecież nikt jeszcze nie umarł z deficytu nagrań Minkowskiego czy Savalla... Z drugiej strony niezbyt mądrze byłoby ignorować kulturotwórczą rolę fonografii. To właśnie płyty rozpoczęły w Polsce modę na wykonawstwo muzyki barokowej, zainteresowanie operowymi białym krukami czy kult wielokulturowych projektów Jordiego Savalla. Także nagrania dla firmy Naxos uczyniła Antoniego Wita jednym z najpopularniejszym współczesnych dyrygentów, z realnym wpływem na światową recepcją muzyki Szymanowskiego, Karłowicza, Lutosławskiego czy Pendereckiego. Gdyby nie kilka milionów srebrnych krążków, artysta pozostałby dyrektorem prowincjonalnej filharmonii.



Potrzeba sponsora

Mimo to pomysł dotowania "z natury komercyjnej" fonografii traktuje się nad Wisłą z dużą podejrzliwością, inwestując jednocześnie grube miliony w ulotny blask wystawnych festiwali, gwiazdorskich koncertów albo gal "ku czci". "W teatrze też musimy zapłacić za bilet, ale jakoś nikt nie buntuje się przeciwko zasadzie ich sponsorowania przez państwo - podsumowuje sprawę Małgorzata Polańska z warszawskiego Duksu. Zresztą dobrych przykładów w naszej części Europy nie brakuje. Sponsorowana w całości przez węgierskie ministerstwo kultury seria wydawnicza BMC zrobiła dla promocji rodzimej klasyki oraz jazzu o wiele więcej niż wszystkie polskie festiwale razem wzięte.