IAN BROWN w Polsce
16 lutego, Warszawa, klub Palladium, godz. 20:00



Dla polskich fanów może i jest legendą, ale inną niż dla Anglików. My patrzymy na niego jak na głos The Stone Roses, a Londyn i Manchester – jak na jedną z najważniejszych postaci brytyjskiej alternatywy, która ukształtowała sporą część dzisiejszego krajobrazu rocka z Wysp Brytyjskich. "Jeśli Paul Weller był guru angielskiej muzyki drugiej połowy lat 70., a Morrissey lat 80., to takim guru ostatniej dekady XX wieku był Ian Brown" - mówi Paweł Kostrzewa, dziennikarz i krytyk muzyczny, sam określający się jako fan Browna.

Ian co prawda zżyma się na nazywanie go ikoną, ale Noel Gallagher, Damon Albarn, Alex Turner, Richard Ashcroft zgodnie przyznają, że wzorowali się na nim. 47-letni Brown wciąż jest ważny na Wyspach, o czym świadczy choćby tytuł Godlike Genius, przyznany mu przez tygodnik „New Musical Express” w 2006 roku, czy nagroda Legend, którą dostał od magazynu „Q” rok później. "Nagrywa płyty, które nie przechodzą niezauważone - mówi Kostrzewa. - Bywają lepsze i gorsze albumy Iana, dziennikarze mogą je zjechać lub wychwalać, ale o nim zawsze się pisze i mówi, bo to jest Ktoś".

Wydana w zeszłym roku jubileuszowa reedycja debiutu Stone Roses potwierdza, że był to najważniejszy zespół angielski ostatniego 20-lecia. Ich wokalista jako pierwszy ogłaszał ze sceny słynnej manchesterskiej Haciendy nadejście nowej ery brytyjskiego hedonizmu lat 90. Umarł taczeryzm, narodzili się Stone Roses, a z nimi cała kultura rave, która dała początek wielu ważnym grupom angielskim. Pięć lat później NME gasił zgliszcza po słynnym zespole, a skłócony z gitarzystą Johnem Squire’em Ian zaszył się w wynajętym mieszkaniu w Warrington, pogodzony z myślą, że już nic nie nagra. "Chciałem hodować róże i wysyłać je w świat, żeby zarobić na życie" - opowiadał w wywiadach.

Do nagrania solowej płyty „Unfinished Monkey Business” (aluzja do rozpadu Roses i jego pseudonimu King Monkey, Małpi Król – oznaczającego antycznego chińskiego bohatera o nadprzyrodzonej sile) namówili go fani. Pierwsza płyta była triumfem, druga udaną kontynuacją, kolejne – powielaniem pomysłów. Ale zeszłoroczna „My Way” to niezłe nawiązanie do początków solowej kariery. "„My Way” to dobry album, który postawiłbym obok jego moich ulubionych płyt - mówi Kostrzewa. - On po prostu pokazał, że faktycznie idzie własną drogą, w której nie ma już miejsca na wspominanie Stone Roses. Jest sam Ian Brown".

Bo „My Way”, muzyczna autobiografia wokalisty, pokazała, że to ktoś więcej niż zadufany w sobie cham, który wdaje się w bójki na koncertach. Na niego czekało miejsce w historii muzyki, które zapełnił, uparcie kultywując własną legendę - mit niezależnego geniusza, który odrzucił intratną propozycję reaktywacji Stone Roses. W czasach gdy co chwila mamy do czynienia z powrotami zgasłych gwiazd, decyzja ta zasługuje na szacunek.

Muzyk wywodzący się z robotniczych slumsów do wszystkiego doszedł talentem i pracą. "Chcieliśmy za wszelką cenę wyrwać się z Manchesteru - wspomina początki Stone Roses. - Dlatego wiem, że nieważne, skąd pochodzisz, tylko gdzie jesteś teraz". I wciąż dzieli świat na pół: na ciężko pracującą biedotę i wyzyskiwaczy, choć tym razem śpiewa o tym, jak łatwo show-biznes wynosi na ołtarze bohaterów z nizin (jak w piosence „Crowning the Poor” z najnowszego albumu). "Wierzę, że biedni idą do nieba" - głosi Ian.


Polityczne zaangażowanie, któremu dał wyraz m.in. w „Illegal Attacks” z krążka „The World Is Yours”, gdzie śpiewa „żołnierze, żołnierze, wróćcie do domu”, nie sięga jednak po pełne hipokryzji metody show-biznesu, zamkniętego na problemy społeczne Wielkiej Brytanii. Ian Brown to nie Sting, by w ramach promocji płyty spotykać się z Indianami z amazońskiej puszczy. Kilka lat temu skrytykował Bono, nazywając go kolonialistą show-biznesu. Nie pozwoliłby sobie na podanie ręki Tony’emu Blairowi w błysku fleszy, co mają na sumieniu takie postacie brit popu, jak Liam Gallagher czy Damon Albarn. Więcej, w 1998 r. potępiał Blaira, mówiąc, że ten całuje dupę lobby biznesowemu, a jego lewicowa formacja wciąż próbuje odebrać prawo do godnego życia pokrzywdzonym przez los, np. zabierając zasiłki samotnym matkom. "Jestem nastawiony tak samo antysystemowo, jak w wieku 14 lat - mówi Brown. - A nawet bardziej, bo ostrzej postrzegam autorytety próbujące kontrolować nasze życie. Jestem wciąż tak przegranym kolesiem, jak byłem 20 lat temu, mimo że wiem, że dla wielu z was znaczę więcej. Ale nagrody i zaszczyty nie zmienią mnie".

Jako muzyk nie musi wstydzić się niczego (no, może poza pobytem za kratkami), bo nigdy nie kłamał publicznie. "Niczego nie żałuję" - powtarza w wywiadach słowa, które są jak motto do tytułowego „My Way” z ostatniej płyty. Nic więc dziwnego, że dla Brytyjczyków to głos sumienia, liczący się w debacie publicznej. Wsparł kampanię antynuklearną, a także recenzuje dokonania angielskich zespołów indierockowych i muzyczne objawienia, jak choćby Amy Winehouse. "Nie słucham tych wszystkich grup gitarowych - wyznaje Brown. - Suede i Blur bardzo zaszkodzili angielskiej muzyce - dodaje. - Stone Roses i Happy Mondays pozwolili rozwinąć się house’owi, po nich powinny były dojść do głosu hip-hop i muzyka czarnych. Ale przeszkodził temu gówniany brit pop. A ja od czasu Sex Pistols nie słyszałem zespołu gitarowego, który by mnie zachwycił".

Innemu artyście w jego wieku nie uszłoby to płazem. Biznes muzyczny toleruje starość tylko, gdy ta trzyma sztamę z młodymi. Ale Ian Brown dystansuje się od wszystkich - to zapewniło mu do dziś szacunek fanów w różnym wieku, którzy przychodzą na jego koncerty mimo krytycznych opinii prasy, mówiących, że Brown nie potrafi śpiewać. Skończyły się czasy, gdy ludzie prosili tylko o „Fools Gold” Stone Roses. Dziś Ian, którego najlepiej słuchać w kameralnych klubach angielskich, śpiewa swoje przeboje: „Stelify”, „F.E.A.R.”, „Keep What Ya Got”, „Stardust”. To pokazuje, że faktycznie osiągnął to, co chciał: jest bohaterem własnej muzyki, którą udanie wpasowuje się w słyszalną w radiu niszę, obok dominującego nurtu angielskiego rocka i popu.

"Jego koncerty nie są wielkimi wydarzeniami - mówi Kostrzewa, który był na kilku występach Browna. - Ale do Palladium na pewno przyjdzie kilkaset osób, które wiedzą doskonale, kim jest, i cenią jego dokonania. I nie będzie to przypadkowa publiczność".