Greg Saunier: Nie, tak nam się spodobało, że postanowiliśmy przyjechać jeszcze raz. Przez 15 lat grania nigdy przecież do was nie zaglądaliśmy, a to był duży błąd! Graliśmy wszędzie – w USA, Europie, byliśmy nawet wielokrotnie w Azji i w Australii, ale nigdzie nie czułem się tak dobrze. Występując w Katowicach, czułem, że ludzie rozumieją nasze poczucie humoru – a to rzadko się zdarza. Po koncercie rozmawiałem też z setką ludzi i miałem wrażenie, jakby byli moimi starymi przyjaciółmi. Jakbym spędził tutaj całe dzieciństwo i wrócił po latach. Kiedy dostaliśmy propozycję kolejnych koncertów, stwierdziliśmy, że musimy tu wrócić.
Bo to jeden z naszych ulubionych zespołów! Po raz pierwszy usłyszeliśmy ich w Sankt Petersburgu na festiwalu SKIF w 2009 roku i byliśmy w totalnym szoku. Była trzecia nad ranem, weszliśmy ze sprzętem do takiego starego, komunistycznego budynku i na scenie zobaczyłem perkusistę, który grał tak, jakby był moim zaginionym bratem. Miał prosty zestaw perkusyjny, podobny do mojego i identycznie bawił się rytmem. To zwalniał, to przyspieszał, mylił podziały, jakby chciał przeszkodzić reszcie zespołu – uwielbiam to robić. Po koncercie szybko się zgadaliśmy i wymieniliśmy się kontaktami. A teraz postanowiliśmy pokazać Belgom ten genialny zespół.
Improwizacja to nasza najsłabsza strona. Ostatnio przed wyjazdem do Australii ostro ćwiczyliśmy przez kilka dni w naszej sali prób. Kiedy już wszystko brzmiało jak należy, ktoś z nas w ramach odprężenia rozpoczął jammowanie. To było coś okropnego. Zaczęły się nieudolne solówki, wszyscy zrobili się spięci. Więc jeśli pytasz o nasze podejście, to mogę je porównać do Rolling Stones. Wszystkie utwory mamy porządnie ograne, a później na żywo staramy się w ich ramach spontanicznie coś dodawać od siebie, żeby nie wpadać w zbytnią rutynę.
To zależy, jak definiujesz ten gatunek. Jeśli mówimy o King Crimson, Yes czy Soft Machine, to w ich utworach zawsze było dużo miejsca na improwizację. Mam wrażenie, że ludzie nie rozumieją rocka progresywnego. Bierze się to z tego, że ta muzyka została zainspirowana przez klasykę, która postrzegana jest jako bardzo dokładna i wykalkulowana dziedzina. Tymczasem dzieła Bacha czy Beethovena zostały tak skomponowane, że dawniej ich wykonawcy mieli pełną swobodę interpretacji. Ważniejsze niż utrzymanie właściwego tempa było zbudowanie dramaturgii i opowiedzenie w ten sposób historii. Wiem o tym, bo studiowałem kompozycję. No i staram się trzymać tej zasady w zespole.
Kilka lat temu zobaczyliśmy go na żywo w jakimś małym klubie, jak improwizował solo do japońskiej poezji. Nie wiedzieliśmy, kim jest, ale grał tak niesamowicie, tak oszczędnie i jednocześnie świetnie operował przestrzenią. Podeszliśmy potem do niego podekscytowani i zaczęliśmy rozmawiać. On też nie wiedział, że jesteśmy muzykami, ale był bardzo miły i dał nam kilka płyt. Później opowiedzieliśmy o nim naszemu znajomemu gitarzyście Nelsowi Cline’owi i okazało się, że dobrze zna się z Wadadą i postanowił ustawić nam wspólny koncerty. On po prostu wyszedł na scenę i zaczął improwizować do naszych utworów, których wcześniej nie słyszał. Znalazł w nich dla siebie jeszcze tyle miejsca, nadał niesamowitej dynamiki, a nas zmobilizował do czujnego grania. Nie mogliśmy w to uwierzyć, zupełnie przewrócił nasze dotychczasowe myślenie o muzyce Deerhoof. To było miażdżące doświadczenie.
Kiedyś wziąłem sobie do serca słowa Johna Cage’a, który powiedział, że w muzyce równie ważny jest każdy dźwięk – niezależnie od tego, czy jest wydobywany z gitary, wiolonczeli czy z komputera. W związku z tym nigdy nie rozumiałem tych wszystkich podziałów gatunkowych i wartościowania – co jest sztuką wysoką, a co niską. W tym myśleniu Cage’a chodziło o to, że nie ważne jest to, na czym grasz, ale co chcesz wyrazić. My wybraliśmy instrumenty uważane za rockowe, bo akurat były dla nas łatwe do zdobycia i do opanowania. Nie jesteśmy jednak jak White Stripes, którzy za wszelką cenę chcą udowodnić, że granie na gitarze jest cool. Oczywiście bardzo cenimy Jacka White’a, ale dla nas ważniejsze są też inne sprawy.
Dla mnie zawsze mistrzem będzie Keith Richards. Imponuje mi w nim to, że z tymi prostymi piosenkami Rolling Stones potrafi wyczyniać takie cuda. Widziałem go na scenie kilkukrotnie i zawsze odnoszę wrażenie, że do ostatniej chwili sam nie wie, jak zabrzmi np. „Satisfaction” – chociaż grał ten kawałek z tysiąc razy. To jest ogromne ryzyko i odwaga z jego strony, że potrafi zachować spokój i luz, a jednocześnie wielki skupienie na muzyce, występując na stadionie pełnym ludzi. Za każdym razem zachowuje się, jakby dopiero wymyślił ten riff, ale jeszcze do końca nie wiedział, jak go zagrać. Nie ma mowy o tym, żeby leciał sobie na autopilocie – to najmądrzejszy i najbystrzejszy gitarzysta na świecie. Sorry, moi koledzy z zespołu śmieją się, że mam obsesję na punkcie Richardsa i nie rozumieją mojego entuzjazmu. Ale cóż mogę zrobić?!
Jeszcze nic nie jest gotowe, bo mamy czas do końca roku. Generalnie pomysł jest taki, żeby nowe piosenki przygotować na innych instrumentach niż gitary i perkusja – na przykład na orkiestrę albo popsuty komputer. Chcemy to nagrać, a dopiero później przerobić na nasz normalny skład i pojechać w trasę. To by było dopiero coś!