Dziennik Gazeta Prawana logo

Kayah bez prądu

12 października 2007, 16:33
Ten tekst przeczytasz w 2 minuty
Amerykanie od 18 lat cieszą się formułą koncertu unplugged, nagranego bez elektrycznych instrumentów i wsparcia sprzętu elektronicznego. I choć pionierami koncertów akustycznych byli Elvis Presley i The Beatles, cykl MTV zainspirował Jon Bon Jovi, który w 1989 roku na gali rozdania nagród MTV w duecie z gitarzystą Ritchie’em Samborą zagrał akustyczne wersje swoich przebojów.

Od tamtej pory w ramach MTV Unplugged i MTV Unplugged 2.0 wystąpiło przeszło 110 wykonawców. I choć większość z nich ukazała się potem na płytach CD i DVD, tylko nieliczne godne są zapamiętania.

Koncert, który dała Kayah pod koniec ubiegłego roku w łódzkim studiu filmowym Toya, był pierwszą tego typu imprezą w Europie Wschodniej i Środkowej. I jako taki przejdzie do historii. Nie przeszkodzi temu nawet fakt, że innych powodów do zapamiętania akustycznego emploi Kayah dała słuchaczom zdecydowanie mniej.

Formuła koncertu bez prądu zmusiła nawykłą do stosowania elektronicznych chwytów Kayah do przearanżowania wszystkich swoich piosenek. Czasem wyszło im to na zdrowie, czasem niekoniecznie.

Na plus można zaliczyć efektowne duety z Anną Marią Jopek, pianistą Krzysztofem Herdzinem i amerykańskim beatbokserem Chesneyem Snowem, którego język giętki potrafi wydobyć każdy dźwięk, o jakim tylko pomyśli głowa.

Na minus - dobór repertuaru, w którym oprócz standardowego w przypadku koncertów Unplugged zestawu hitów (m.in. "Testosteron i "Na językach) dostajemy kompozycje mniej znane. Jak się okazuje - nie bez przyczyny.

Idea zaśpiewania piosenek: "Jestem kamieniem" i "Dzielę na pół", których - jak napisała we wkładce wokalistka - nie można usłyszeć na żadnym jej koncercie, "bo za wolne, za smutne", brzmi świetnie, dopóki pozostaje w sferze idei.

Ucieleśniona zaczyna budzić kontrowersje. Piosenki, bogato inkrustowane partiami kwartetu smyczkowego, stają się bowiem jeszcze nudniejsze i smutniejsze niż studyjne oryginały.

Nie znaczy to jednak wcale, że koncert Kayah w łódzkim studiu filmowym Toya był zły. Wokalistka i towarzyszący jej muzycy idealnie zmieścili się w normach MTV i to - paradoksalnie - największy wobec nich zarzut.

Bez zaskoczeń, bo trudno w takich kategoriach rozpatrywać dwa nowe utwory: "Lśnię" i "Co ich to obchodzi" zwiastujące zapowiadany na wrzesień nowy studyjny album wokalistki "Skała".

Z zaledwie jednym wokalnym fajerwerkiem (w codzie coveru Kool & The Gang "Get Down On It") album wtapia się w pejzaż płyt unplugged z pogranicza soulu i jazzu. I choć album "Kayah MTV Unplugged" jest o niebo lepszy od podobnej płyty Lauryn Hill (o to akurat nietrudno), przypomina mi akustyczne popisy Alicii Keys, które były niczym góralska herbata "bez prądu", co to latem nie chłodzi, a zimą nie grzeje.


Kayah, "MTV Unplugged (Kayax/EMI Music)

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj