Tokio Hotel to fenomen. Nie tyle muzyczny, bo zespół serwuje fanom niezbyt skomplikowany, melodyjny kinder punk, ile socjologiczny. Kiedy Łukasz "LEO" Modzelewski z ramienia
4fun.tv pojechał na koncert Tokio Hotel do Hamburga, nie mógł uwierzyć własnym oczom. - To był koncert dla 15 tysięcy fanów, głównie dziewczynek - wspomina. - Jako telewizja mieliśmy prawo
nagrać trzy pierwsze numery. Kiedy je nagraliśmy, po prostu uciekliśmy z tej hali, ponieważ te 15 tys. fanek non stop piszczało, krzyczało i wyło, bez względu na to, co się akurat działo na
scenie. Pierwsze rzędy oczywiście mdlały. Z zatkanymi uszami i w bluzie z kapturem udało mi się wysiedzieć te trzy kawałki - nie ze względu na muzykę Tokio Hotel, lecz na to, co wyprawiały
fanki. Histeria na widowni do złudzenia przypominała tę, która towarzyszyła kiedyś występom na żywo The Beatles.
I choć Tokio Hotel jest pogardliwie nazywany zespołem dla dzieci, słyszał o nim nawet… Bono. Półtora tygodnia temu, odbierając w Berlinie nagrodę niemieckiego przemysłu muzycznego
Echo Award, wokalista U2 skorzystał z okazji, by się wypowiedzieć na temat letniego szczytu G8 w niemieckim Heiligendamm i nakłaniać publiczność do pomocy głodującej Afryce:
"Krzyczcie tak głośno, by usłyszeli was kanclerz Merkel i minister Steinbruck. Niech cały świat usłyszy głos młodych Niemiec. Krzyczcie tak głośno, jak na koncercie Tokio
Hotel!".
Młodociani niby-punkowcy rzucili na kolana kontynentalną Europę dwa lata temu piosenkami "Durch den Monsun", "Schrei", "Rette mich" i
"Der letzte Tag". Pod koniec maja grupa przymierza się do wydania płyty w Wielkiej Brytanii i USA.
Niemieckie nastolatki odwiedzą Polskę po raz pierwszy, a Warszawa jest dopiero drugim przystankiem zespołu na europejskiej trasie koncertowej promującej najnowszy album zespołu "Zimmer
483". Płyta ukazała się pod koniec lutego i wszystko wskazuje na to, że powtórzy sukces debiutanckiego "Schrei" (2005). W ciągu zaledwie półtora miesiąca album, na
którym podobnie jak poprzednio znalazł się miks szybkich, buntowniczych piosenek i sentymentalnych ballad, znalazł już ponad 300 tys. nabywców, choć dotąd ukazał się tylko jeden promocyjny
singel "Übers Ende der Welt".
Czy rodzice powinni bać się Tokio Hotel, tak jak muzycy zespołu lękają się ich pociech? Niespecjalnie - wrew temu, co piszą krytycy o działalności braci Kaulitz, na antyfanowskich stronach,
których jest mniej więcej tyle, ile internetowych ołtarzyków grupy, Tokio Hotel nie jest małoletnim wcieleniem Marilyn Manson ani Sex Pistols. To raczej uwspółcześniona, gotycka wersja
Goethe'owskiego Wertera, który nie wstydzi się łez przelewanych w imię miłości.
Tokio Hotel to owoc precyzyjnie skrojonej akcji promocyjno-marketingowej, a nie głos pokolenia. Wprawdzie wokalista Bill przeszedł już mutację, wciąż jednak śpiewa o burzy hormonów, przemocy
w szkole i rodzicach, którzy nie potrafią zrozumieć problemów łamiących życie współczesnym nastolatkom. Z racji tego, że wiek muzyków oscyluje między 17 a 20 lat, przekaz zasadniczo
niewiele się różni od przesłania czarodziejek W.I.T.C.H. i Winx, i praktycznie sprowadza się do wcześniejszego rozbudzenia uczuciowości w naszych pociechach. Bunt, który zespół ma do
zaoferowania swoim fanom, nie jest wolny od młodzieńczego infantylizmu. Jeżeli więc rodzice mogą się czegokolwiek obawiać, to raczej tego, że idole ich dzieci uprawiają muzykę, która jest
równie mało finezyjna, jak sposób, w jaki jest grana.
Na dobrą sprawę Tokio Hotel od wcześniejszych gwiazd dziecięcej muzyki: New Kids On The Block, Kelly Family, Spice Girls, Hanson, H.I.M., Avril Lavigne czy krajowego Blog-27, który zresztą
rozgrzewał publiczność przed ubiegłorocznymi koncertami Billa i spółki w Niemczech, odróżnia tylko gotycko-rockowy kostium.
Kluczem do zrozumienia fenomenu Tokio Hotel jest szaleństwo. Szaleństwo fanów pod sceną i "szaleństwo", które na zmianę z "odlotem" Bill Kaulitz i jego
koledzy z zespołu powtarzają w wywiadach w charakterze spójnika. To ono pod koniec listopada ubiegłego roku ściagnęło do Warszawy dziesiątki młodocianych fanów z całego kraju na Galę
Jetix Awards. Na imprezę można było się dostać tylko dzięki zaproszeniom. Nastolatkom jednak nie przeszkadzał ani brak wejściówek, ani mróz. Grubym kordonem otaczali wejście do Teatru
Polskiego, nawet mimo tego, że ich idole w ostatniej chwili odwołali przyjazd. Zawód jednak nie był duży. - Nie szkodzi - mówiła mi 12-letnia Karina z Ełku, która nie dostała się do
środka. - Przyjechali Killerpilze i też było fajnie.
Parafrazą zdania Wuja Józefa z powieści Marka Hłaski można by stwierdzić, że każdy ma taką beatlemanię, na jaką zasłużył. Dzisiejsze nastolatki i tak mają sporo szczęścia, w czasach
mojej bardzo wczesnej młodości rządził Papa Dance.