Tytułowe "konie i wysokie obcasy" to tylko pretekst. Tak naprawdę Marianne Faithfull nie żyje wyłącznie najnowszym katalogiem Manola Blahnika i wspomnieniem, jak to przed laty napisała dla Rolling Stonesów przebój "Wild Horses". A płyta mogłaby z powodzeniem mieć tytuł "Marianne Faithfull, lat 64", bo jest rodzajem muzycznego autoportretu. Po pokonaniu raka Faithfull definitywnie przewartościowała swój świat. Zdrowo je, nie pije i nie zażywa, a jej jedynymi nałogami są papierosy i wizyty w Tate Modern. Najważniejsze jednak, że jest szczęśliwa, co do tej pory się nie zdarzało często.

W latach 60. i 70. piła za czworo i zażywała połowę tablicy Mendelejewa. Potem zapłaciła za to fortuną, zdrowiem i anielskim głosem. Uporządkowane życie i szczęście może się wydawać dla niej stanem nienaturalnym. A jednak. Faithfull swoim niskim, chrapliwym tonem gwiżdże na oczekiwania fanów i na reguły rządzące przemysłem rozrywkowym. Przez to wprawdzie od lat nie nagrała żadnego spektakularnego hitu, ale pozostała jedną z ostatnich w branży artystek, która nie zajmuje się wyłącznie śpiewaniem.

Po aktorskim sukcesie w filmie "Irina Palm" (2007) więcej gra w teatrze (ostatnio głównie interpretuje sonety Szekspira), pisze. Imponuje lista muzyków, którzy współpracowali z nią w ostatnich latach: Nick Cave, Morrissey, Damon Albarn, Rufus Wainwright oraz kumpel z dawnych lat Keith Richards.


Przy okazji nagrywania "Horses and High Heels" wirtualnie, bo ze starej taśmy z towarzyszeniem muzycznego marokańskiego bractwa Master Musicians of Jajouka, zagrał inny Stones, nieżyjący Brian Jones. Nie obyło się również bez kilku rzeczywistych przyjacielskich wizyt i gestów. Tekst zamykającej płytę Cave’owskiej ballady "The Old House", w której Marianne przyzywa duchy swoich rodziców, napisał Frank McGuiness, irlandzki dramaturg i scenarzysta filmowy (m.in. "Szepty aniołów"). Do studia wpadli: Lou Reed, Wayne Kramer z MC’5 oraz John Porter. Ten ostatni jednak to nie nasz od Lipnickiej, ale gitarzysta, producent i przyjaciel Briana Ferry’ego i Erica Claptona. Resztę składu stanowili nieznani szerzej sidemani z Nowego Orleanu.

Wybór tego miasta do nagrań dobrze pokazuje miejsce Faithfull na drabinie show-biznesu. Podczas gdy jej dawni kochankowie Mick Jagger i Dawid Bowie nagrywają, gdzie chcą, nie licząc się z kosztami, ona wybrała Nowy Orlean, który po apokalipsie huraganu "Katrina" oferuje najlepsze stawki.

"Horses and High Heels" to muzyczny krajobraz po wewnętrznej bitwie. To próba pogodzenia ze sobą sprzeczności. Splatają się tu różne światy, bo na cztery autorskie kompozycje przypada tu aż osiem coverów i jedna dźwiękowa wprawka aktorska ("Past Present and Future"). Faithfull sięga po gatunek, przed jakim wcześniej broniła się rękami i nogami – po soul ("Back In Baby’s Arms" czy "Gee Baby"). Poza tym nowe interpretacje wielkich szlagierów w rodzaju "Love Song" Eltona Johna czy "Goin‘ Back" z repertuaru m.in. Carole King, Dusty Springfield i The Byrds mieszają się z piosenkami teoretycznie mniej efektownymi: "No Reason" Jackie Lomax, "That’s How Every Empire Falls" R.B Morrisowi czy otwierającą – najlepszą na płycie – mroczną balladą Grega Dulliego i Marka Lanegana "The Stations".


Co ciekawe, na tle coverów specjalnie nie błyszczą autorskie kompozycje. Historia końca jednej znajomości, "Why Did We Have To Part?", w pierwszej chwili wypada blado. Intro jaggerowsko-weillowskiego "Horses And High Heels" przypomina nieco motyw przewodni serialu o Robin Hoodzie. Wyznanie miłości do Paryża w lekko psychodelizującym "Prussian Blue" także nie wyciska łez. Przy pierwszym przesłuchaniu.

Podczas drugiego wrażliwcy mogą płakać jak bobry. Wprawdzie niemieccy krytycy zarzucają nowej płycie Marianne Faithfull całkowite wypranie z emocji, ale widać ich teutońskie uszy nie są przygotowane na "Horses and High Heels". Bo ich francuscy koledzy po piórze dla odmiany stawiają najwyższe noty. Widać posłuchali płyty więcej niż raz, bo 23. album Faithfull nie poraża błyskotliwą, pełną fajerwerków produkcją tylko na pierwszy rzut ucha. Na drugi prostota i surowość nabierają sznytu i elegancji. A im dalej w las, tym trudniej wyrwać się ze świeżo umanikiurowanych szponów Faithfull.

MARIANNE FAITHFULL | Horses and High Heels | Naive/Dream Records