"Prześlę ci dwadzieścia wiekowych niczym Billie Holiday bluesowych kawałków, ty przesłuchasz i zastanowisz się, które i jak przenieść w teraźniejszość" – tymi słowami zwrócił się dwa lata temu do Gregga Allmana producent T-Bone Burnett. W efekcie powstał pierwszy od 14 lat solowy krążek założyciela jednej z najbardziej wpływowych grup rockowo-bluesowych The Allman Brothers Band. To hołd złożony bluesowi. Hołd, z którego młodzi muzycy powinni się uczyć, jak grać i śpiewać bluesa.

W studiu Village Recorder należącym do T-Bone Burnetta, producenta płyt Elvisa Costello i Williego Nelsona, Greg Allman zarejestrował własne wersje klasyków. Znalazły się wśród nich "Blind Man" Little Miltona, "I Can’t Be Satisfied" Muddy’ego Watersa, "Checking on My Baby" Otisa Rusha, "Please Accept My Love" B.B. Kinga i "My Love Is Your Love" Magic Sama. Jedyną autorską kompozycją na płycie jest napisany z Warrenem Haynesem – gitarzystą The Allman Brothers Band – "Just Another Rider". Allman na "Low Country Blues" śpiewa, gra na akustycznej gitarze i organach, swoim ulubionym modelu Hammonda B3. To właśnie tego instrumentu używali najwybitniejsi bluesmani w latach 50. i 60.

Powrót do czasów, kiedy B.B. King nagrywał swoje najlepsze płyty, a Marilyn Monroe zachwycała w "Słomianym wdowcu", okazał się strzałem w dziesiątkę. Płyta w Stanach wskoczyła na czwarte miejsce zestawienia najchętniej kupowanych krążków rockowych i oczywiście podbiła listy albumów bluesowych. Sam Allman przyznał, że na początku podchodził do nowej płyty bez entuzjazmu. W 2002 roku zmarł stale z nim współpracujący producent Tom Dowd. Poza studiem trzymały Gregga również ciągłe koncerty z The Allman Brothers Band. Na szczęście T-Bone Burnett przekonał go do ponownego wejścia do studia.


Udało się w nim zebrać znakomitych muzyków. Zdobywca nagrody Grammy Darrell Leonard, gitarzysta Doyle Bramhall II, perkusista Jay Bellerose i doskonały pianista z Nowego Orleanu, pięciokrotny laureat Grammy Mac "Dr. John" Rebennack. Według słów Allmana muzycy tak dobrze poczuli się razem, że nagrali piosenki w 11 dni! W piękną całość poskładał je później Burnett, który zresztą sam gra w paru numerach na gitarze. Wybór piosenek na "Low Country Blues" nie jest przypadkowy. To dzięki B.B. Kingowi Allman postanowił zostać muzykiem. Miał dziesięć lat, kiedy wraz ze starszym bratem Duane’em zobaczyli Króla na koncercie. Numer Little Miltona znalazł się na płycie, bo Allman uważa go za swojego wokalnego guru. Z kolei kompozycja Muddy’ego Watersa na albumie będącym hołdem dla bluesa jest tak oczywista jak numery Hendriksa na rockowej płycie.

Gregg stara się nie naśladować oryginałów. Śpiewa numery we własny sposób. Wyciąga wysokie tony, którym smaczku dodaje charakterystyczną lekką chrypką. Zawdzięcza ją morzu narkotyków i alkoholu, który wlewał w siebie głównie w latach 70. Co ważne, Burnett zadbał, by głos Allmana nie zagłuszał znakomitej sekcji rytmicznej. Dzięki temu numery raczą solówkami fortepianu ("Little by Little"), gitary akustycznej ("Devil Got My Woman") i dostojnymi dęciakami ("Blind Man"). Nie znaczy to, że wokal Gregga jest przytłumiony. Chociażby numer "Blind Man" pokazuje, że poza melodyjnym śpiewaniem potrafi on wrzasnąć jak rasowy hardrockowiec.

Na "Low Country Blues" nie ma elektroniki ani młodzieżowego, rozluźniającego, bezinteresownego grania. Już sama okładka i nazwa płyty zdradzają, że muzyka na niej pokryta jest kurzem. Zadumany Gregg Allman w jesiennym krajobrazie prezentuje zmarszczki na swojej zmęczonej twarzy. Nie ma w tym cienia przebojowości, jest spokój i skupienie. Jednak tak właśnie wyobrażam sobie rasowego bluesmana. Bluesmana, który nie musi nic udowadniać i mizdrzyć się. Robi swoje i robi to znakomicie.

GREGG ALLMAN | Low Country Blues | Universal