Dziennik Gazeta Prawana logo

"Going Back", czyli Phil Collins powraca do dzieciństwa

31 marca 2011, 22:03
Ten tekst przeczytasz w 2 minuty
Phil Collins
Phil Collins/AP
Szykujesz rodzinną imprezę i brakuje Ci odpowiedniej muzyki. Nowa płyta Phila Collinsa to coś dla Ciebie. "Going Back" ucieszy mającą słabość do disco ciotkę i nastoletnią kuzynkę.

Zgodnie z tytułem album Anglika to powrót. Powrót do jego dzieciństwa, do klasyków z Motown, do bogatej, organicznej muzyki.

- Nie chodzi mi o to, by wnieść coś nowego w te kompozycje, bo przecież są wspaniałe - wyjaśniał wokalista przed premierą. - Zależy mi na odtworzeniu tamtego brzmienia i przywołaniu uczuć, które towarzyszyły mi przy pierwszym przesłuchaniu.

Trzeba przyznać, że udało mu się naprawdę dobrze. Słychać, że jego interpretacje pełne są z jednej strony szacunku, z drugiej szczerej radości z wykonywania takich piosenek. Artysta nie próbuje niczego rewolucyjnego. Jest soulowo, swingowo i rockandrollowo. Kiedy trzeba pojawia się groove ("Papa Was A Rolling Stone"), kiedy trzeba odpowiednia dawka melancholii (znakomite, delikatniejsze niż wykonanie The Four Tops "Standing in the Shadows of Love"). Dęciaki figlują, tamburyna szaleją, są romantyczne, "szybujące" smyki i natchnione gospelowe chóry. Trochę klaskania, trochę pstrykania.

Wszystko na swoim miejscu, wszystko tak, jak być powinno.

Collins nie ma takiej siły ekspresji, co czarnoskórzy wokaliści, po których nagrania najczęściej sięga, dlatego najsłabiej wypada w typowych balladach, którym po prostu brak soulowego feelingu i dramatyzmu, czego doskonałym przykładem mocno niejakie, wątłe "Blame It on the Sun" Steviego Wondera.

Zupełnie inaczej ma się sprawa z bardziej tanecznymi numerami. Te w pełni spełniają swe zadanie. Mamy energiczne kawałki, jak "(Love Is Like A) Heatwave" czy "Take Me in Your Arms (Rock Me a Little While)", które wymuszą podnoszenie wysoko kolanek albo nawet kilka podskoków, ale i piosenki bujające, przy których każdy facet potrafiący zaledwie przestępować z nogi na nogę, będzie wyglądał jak król parkietu ("Jimmy Mack", "Love Is Here and Now You're Gone").

Wersje Phila Collinsa nie umywają się do oryginałów. Aranżacje są świetne, ale mocno zachowawcze. Należą mu się jednak wielkie podziękowania za przypomnienie muzyki, która ma w sobie tyle żaru, wibracji i emocji.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło megafon.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj