PJ Harvey: Zawsze miałam obsesję na punkcie tego, żeby się nie powtarzać. Ale nawet kiedy określałam klimat, w jakim ma być utrzymany album, jeden lub dwa kawałki nie pasowały do reszty. Wtedy mówiłam sobie: trudno, są świetne i wchodzą na płytę. W przypadku "White Chalk" byłam bezlitosna. Wszystko musiało być nowe i nieznane, dlatego że ostatnio naprawdę niewiele rzeczy mnie rusza. Większość współczesnej sztuki wydaje się bylejaka i przeciętna. Ciężko trafić na coś świeżego i ciekawego. I nie chodzi tylko o muzykę, ale też o literaturę, film, malarstwo. Zdarzają się promyki światła przenikające przez tę olbrzymią chmurę nonsensu, która zawisła nad Ziemią, ale to sporadyczne przypadki. Zwyczajnie nie chcę do tego przykładać ręki.
Nagranie tej płyty zajęło mi dwa i pół roku. Większość z tego czasu poświęciłam na eksperymenty. Bawiłam się harmonijkami, dziwacznymi gitarami skonstruowanymi z pudełek po cygarach,
małymi pianami elektrycznymi, wszystkim, co nie było tradycyjną gitarą. Próbowałam kilku piosenek z gitarą i były to naprawdę jedne z najlepszych kawałków, jakie kiedykolwiek napisałam,
ale zdecydowałam, że uzyskanie zupełnie nowego brzmienia jest dla mnie najważniejsze. Stąd szalona decyzja, żeby skoncentrować się na pianinie, na którym przecież nie potrafię grać. Zanim
odważyłam się go dotknąć, minęły trzy miesiące! Ten instrument niezmiernie mnie fascynuje, jest jak olbrzymi żywy organizm, bestia, ma żebra, zęby, języki... Na początku tylko udawałam,
że gram. Podchodziłam do pianina i wyobrażałam, że jestem wirtuozem, wykonywałam te wszystkie śmieszne, teatralne ruchy znane z filharmonii. Potem improwizowałam, nagrywałam te wszystkie
wygłupy i wybierałam najlepsze fragmenty. Następnie wracałam do nich i dopracowywałam szczegóły. Nigdy wcześniej tak nie pracowałam. Zmieniłam też podejście do pisania tekstów. Zwykle
powracam do pomysłów, które zebrały się przez lata i patrzę na nie z innej perspektywy. Tym razem zastosowałam metodę, którą nazywam "zapisywaniem chwili". Każdego dnia
tuż po przebudzeniu notowałam frazy lub słowa, które akurat przyszły mi do głowy. Później tego samego dnia, kiedy improwizowałam z pianinem, używałem właśnie tych porannych słów.
Chciałam uchwycić nastrój danego dnia.
Przez całe życie inspirował mnie blues, a to amerykańska muzyka. Na "White Chalk" poczułam, że jestem Angielką, kobietą stąd. Wróciłam więc do dzieciństwa, do czasów
kiedy wszystko było proste, czyste a moja wyobraźnia nie znała żadnych granic. Trudno jest jednocześnie komponować i wczuwać się w interpretację. Często więc posiłkowałam się małymi
karteczkami poprzylepianymi w różnych miejscach, na których rozpisałam hasła w rodzaju: "pięciolatek", "dziecinnie". Pomagało mi to przypomnieć sobie, jak
to było żyć w niby-zamku albo bawić się z nieistniejącym przyjacielem. Mój głos podążał za myślami, też stawał się dziecinny i naiwny. Zdaję sobię sprawę, że ta płyta nie odniesie
sukcesu komercyjnego, ale to właśnie jest w tym wszystkim najlepsze. Nieprawdaż?
PJ Harvey
White Chalk
Universal