Punk’s not dead. I co z tego?

Za kilka dni na półki sklepów zaczną trafiać limitowane single i winyle upamiętniające najważniejszą płytę w historii punka. "Never Mind The Bollocks" - album, który ukazał się równo 30 lat temu - okazał się być jedynym w dorobku Sex Pistols, zespołu, który istniał tylko 26 miesięcy. Jednak przez te dwa lata z okrawkiem Johnny Rotten i spółka zdążyli stać się synonimem rockowego niebezpieczeństwa i brutalności, zdefiniować ruch punk, wściec rodzinę królewską obrazoburczym singlem "God Save The Queen" oraz zniknąć równie nagle, jak się pojawili. Otoczeni niesławą oraz fanatycznym uwielbieniem, przeżyli też pod sam koniec śmierć basisty. Sid Vicious przedawkował heroinę, a przedtem zdążył zadźgać w opiatowym amoku swoją narzeczoną.

Dzisiaj po tej terapii wstrząsowej zostały tylko wspomnienia. Punk rock jest niczym więcej, niż elementem popkulturowego i odzieżowego rynku. Z anarchistycznego wizażu korzystają muzyczne produkty dla nieletnich (Blog 27 czy Tokio Hotel), tym epitetem określają się również nijakie zespoły dla amerykańskich nastolatek (Fall Out Boy), a sprzedająca "niegrzeczną" odzież firma Hot Topic jest tak naprawdę poważną korporacją. Klasycznych punkowców można było też zobaczyć ostatnio na reklamach butów Dr. Martens (razem z martwymi muzykami Ramones, Sidem Viciousem czy Kurtem Cobainem). Z drugiej strony, cała niezależna scena punkowa, z zinami, kameralnymi trasami koncertowymi i płytami nie wychodzi ze swoim przekazem poza bezpieczne, legitymizowane społecznie getto. Punk nie umarł. Owszem, żyje. Jego wpływ jest widoczny wszędzie, ale już dawno stracił pierwotny impet.

Jestem Antychrystem

Ruch, który narodził się w Wielkiej Brytanii w połowie lat 70., a którego Sex Pistols stali się medialnym ukoronowaniem, wyrósł z biednych, dolnych warstw społeczeństwa. Stał się głosem młodzieży niechcianej, odtrąconej. Muzycznie zaś, ze swoją prostą, trzyakordową konstrukcją był kontrą dla bombastyczności i miałkości, w jaką popadła wtedy muzyka rockowa. Ton jej głównego nurtu nadawali wówczas lubujące się w gigantomańskim napuszeniu zespoły Yes czy Pink Floyd oraz pawie estrady w rodzaju Freddy’ego Mercury. Niebezpieczeństwo punka polegało właśnie na egalitaryzmie - jego prostota sprawiała, że każdy mógł wziąć do ręki gitarę, wejść na scenę i krzyczeć. Pozornie każdy mógł być jak Sex Pistols i to właśnie było w nich najbardziej przerażające. Prawdopodobnie również z tego powodu "Never Mind..." jest dzisiaj sztandarową pozycją we wszystkich rankingach najważniejszych płyt w historii muzyki popularnej. Całe ich przesłanie zostało wyrażone w zdaniu otwierającym utwór "Anarchy In The UK". "I Am The Antichrist" (Jestem antychrystem) - śpiewał Johnny Rotten i prawdę mówiąc londyńczycy mogli zatrzymać się na tej jednej linijce. Nie dotarli zresztą dużo dalej. Żaden zespół w historii muzyki nie wywarł takiego wpływu na kulturę z równie ubogą ilościowo spuścizną. Inna sprawa, że każdy utwór na "Never Mind..." jest rockowym hymnem, "Pretty Vacant", "Bodies" czy "EMI" do dzisiaj są lekcją grania wulgarnego, niebezpiecznego i śmiertelnie przebojowego rocka.

Fala sprzeciwu

Pierwsza fala punk rocka była jak pożar, który spopielił całą dotychczasową kulturę popularną. Tyle że ten pożar był starannie zaplanowany. Sex Pistols według dzisiejszej miary byli przecież boysbandem, skompilowanym przez Malcolma McLarena w jego prowadzonym wraz z Vivienne Westwood sklepie odzieżowym "Sex". Zgodnie z marketingowym założeniem Pistolsi mieli obrażać wszelkie świętości, zresztą, o to poszło podczas ich rozpadu. Przypisujący sobie rolę rzeczywistego decydenta McLaren zdążył nakręcić o podopiecznych kretyński film o znamiennym tytule "Wielki, rock’n’rollowy szwindel", by później doszczętnie skłócić ich ze sobą i oszukać finansowo. Jednak, gdy punkowa eksplozja roku 1977 zdążyła się wypalić, parę lat później do głosu doszła kolejna fala artystów. O ile The Clash czy Sham 69 przywrócili wiarę w rebeliancką siłę muzyki, to ich następcy, tacy jak Crass, Conflict czy Dead Kennedys ugruntowali pozycję muzyki jako nośnika politycznego aktywizmu i niewygodnych treści. Punk wybuchł na świecie potężną falą, również w demoludach, gdzie stał się głównym kanałem artystycznej walki z komunizmem. Takie polskie zespoły jak Dezerter, Śmierć Kliniczna czy Moskwa po prostu nie mogły funkcjonować w oficjalnym obiegu. Nie mówiąc już o ich rosyjskich odpowiednikach. Muzyków z radzieckiej Grażdańskiej Obarany spotykały dużo poważniejsze represje, by wspomnieć przymusową izolację w szpitalach psychiatrycznych.

Punkowa rewolta już nie powróci. Chyba że w kampanii reklamowej. A nadużywający narkotyków rockowy "szybkostrzelny" zostanie co najwyżej bohaterem tabloidów (patrz ekscesy Pete’a Doherty’ego). Ale najbardziej paradoksalne jest to, że słuchane dzisiaj "Never Mind..." wciąż żyje, a Johnny Rotten nadal brzmi jak Antychryst z "Anarchy In The UK". Czas nie zdoła zabić jadowitej, terrorystycznej siły tej muzyki. Nawet, jeśli stetryczali Pistolsi z okazji 30. swojej jedynej płyty grają dla szmalu jubileuszowy koncert w Londynie, a ich piosenki można usłyszeć w grze wideo "Guitar Hero".

Jakub Żulczyk

rocznik 1983, pisarz, autor powieści "Zrób mi jakąś krzywdę... czyli wszystkie gry video są o miłości" i manifestu "Pokolenie 1200 brutto". Ukończył dziennikarstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim.


Świat po Pistolsach
Po rozpadzie grupy najbardziej aktywnym spośród byłych członków pozostał Johnny Rotten, który powrócił do oryginalnego nazwiska Lydon. W 1978 roku założył grupę Public Image Limited, której pierwsze trzy płyty ("First Issue", "Second Edition" oraz "Flowers Of Romance") do dzisiaj są uznawane za jedne z najbardziej trudnych w odbiorze, ale jednocześnie inspirujących i nowatorskich momentów muzyki rockowej. Do inspiracji zimnym, neurotycznym brzmieniem wczesnego PiL przyznają się tak prominentne zespoły, jak U2 czy Red Hot Chilli Peppers. Dziś Lydon jest telewizyjną gwiazdą, dzięki swojej chaotycznej i nieprzewidywalnej osobowości angażowaną do różnych, bzdurnych reality shows, jak "Im A Celebrity... Get Me Out Of Here" czy "Judge Judy". O reszcie zespołu trudno napisać cokolwiek nobilitującego. Paul Cook i Glen Matlock grają w podrzędnych zespołach, których osią repertuaru są generalnie szlagiery Sex Pistols. Sid Vicious umarł w w lutym 1979 roku. Miał 21 lat.

Punkowy kanon

Ramones
"Rocket To Russia" (1977)
Esencja prostoty i same przeboje. Punk w wydaniu Amerykanów to programowa głupota i niebywała melodyjność. Ta pierwsza wynikała z nadużywania kleju, ta druga z ogromnej popowej wrażliwości i fascynacji The Beach Boys.

Wire
"Pink Flag" (1977)
Najbardziej elegancki, kreatywny i pomysłowy zespół pierwszej fali punk rocka, który po latach został uznany pierwszym zespołem... post-punkowym. Na następnych płytach jest więcej poszukiwań, ale to na "Pink Flag" znalazł się ich najbardziej nietypowy, transowy utwór "Reuters".

The Clash
"London Calling" (1979)
W punkrocku wybujałe ambicje często kończyły się katastrofą, ale na "London Calling" tak się nie stało. Przejmujące teksty, mnóstwo brzmieniowych pomysłów i tytułowy utwór - manifest, który elektryzuje do dziś.

Dead Kennedys
"Fresh Fruit For Rotten Vegetables" (1980)
Najbardziej łobuzerski amerykański punkowy zespół z zestawem najlepszych nagrań, od antykapitalistycznego "Kill The Poor" po wstrząsający obraz reżimu Pol Pota w "Holiday In Cambodia". Na tak dobrej płycie uchodzi nawet ostentacyjna lewackość lidera Jello Biafry.

Angelic Upstarts
"Two Million Voices" (1981)
Legenda ulicznej muzyki ze swoim najlepszym albumem. Z jednej strony robotnicze hymny "Jimm" i "Kids On The Street", z drugiej wspaniałe, hipnotyczne reggae w "I Understand".

Conflict
"The Ungovernable Force" (1986)
Anglicy tworzyli wyjątkowo rozpolitykowany zespół. Jednak agitka na rzecz wegetarianizmu i rozbrojenia atomowego nie przeszkodziła im w nagraniu albumu, który jeździ po słuchaczu jak rozpędzony walec.

Dezerter
"Underground Out Of Poland" (1987)
Kwintesencja polskiego punka. Gwałtowny, przesterowany, źle brzmiący i absolutnie wspaniały album przeciwko PRL-owskiemu szambu, z nieśmiertelnymi "Spytaj milicjanta" i "Nie ma zagrożenia".


Robert Brylewski: Walka nie ma końca
Historia Sex Pistols to nie tylko muzyka, lecz całe zjawisko, zresztą inteligencja Johna Lydona jest potężna i ten facet powinien robić jak najwięcej. Punk jest dożywotni, tak jak blues, jazz, rock’n’roll. To muzyka, która nie wstydzi się swojego brudu, niedoskonałości, dlatego jest niebezpieczna. I to się nie zmieni, nie zabije tego żadna moda. Punk to niewyczerpane źródło inspiracji, również dla twórców książek, filmów, różnych dziedzin sztuki.
Jeśli chodzi o nowe amerykańskie zespoły nazywające się punkowymi, to w ogóle mi się nie podobają. Są głupie zarówno tekstowo, jak i muzycznie. Dla mnie najostrzejszym zespołem tego typu zawsze będzie The Germs, kapela zdecydowanie ostrzejsza i radykalniejsza, niż Sex Pistols. Cenię zespoły, które są bardziej brudne, radykalne i funkcjonują w podziemiu, poza obszarem działania wielkich wytwórni płytowych. A takich zespołów jest teraz mnóstwo. Wystarczy wejść na MySpace.

Krzysztof "Grabaż" Grabowski: Punk’s Dead
Punk się zdewaluował - artystycznie i estetycznie. Od kilkunastu lat nie powstało w tym nurcie nic wartościowego. To zjawisko kompletnie martwe, a ja wciąż nie mogę uwolnić się od łatki punkowca. Czego bym nie nagrał, zawsze będzie to uważane za punkowe. Tymczasem w latach 80. był to ożywczy nurt, którym się zaraziłem: wolność, trzecia droga, niedająca się skomunizować, ani dać wepchnąć w Solidarność.
Punk rock został przemodelowany i pożarty przez establishment półtora roku po tym, jak wybuchł. Kolejną podobną rewoltą, był potężny wysyp młodych, gitarowych kapel parę lat temu. Odnotowałem to zjawisko z satysfakcją, chociaż później, oczywiście, też zostało ono okiełznane. Nawet jeśli jakiś ruch muzyczny nie zostanie pożarty przez establishment, to zeżre się sam, tak jak punk w Polsce, który zmienił się w jakieś getto, zakon zakutych łbów, pilnujący swoich absurdalnych idei.
Oczywiście gdyby Pistolsi zagrali u nas koncert, to bym na niego poszedł. Swoją drogą, gdy o nich myślę, to dochodzę do wniosku, że gdybym został jakimś imperatorem kultury, kazałbym zespołom nagrywać maksymalnie po cztery płyty. Pistolsi nagrali na szczęście tylko jedną. Gdyby grali do dzisiaj, pies z kulawą nogą, by się nimi nie zaintetresował.