"Ten zespół to symbol dobrej zabawy i imprez. Gdy jedziesz na weekend sportowym autem, muzyka wali z głośników, a obok ciebie siedzi piękna dziewczyna - to dla mnie znaczy Duran Duran” - wyznawał przed dwoma laty wokalista grupy Simon Le Bon. W ustach 50-latka brzmi to trochę infantylnie, ale po kilku latach chudych wydawało się jednak, że Anglicy znów są na fali. W superlatywach mówiły o nich młode gwiazdy pop-rocka (muzycy z The Killers czy Franz Ferdinand) i wydawać się mogło, że najprostszą receptą na sukces byłoby nagranie krążka z prostymi gitarowymi przebojami. Le Bon i kumple, wytrawni popowi koniunkturaliści, podobno rozważali taką opcję, szyki popsuło im jednak odejście z grupy gitarzysty Andy’ego Taylora. Poprosili więc o pomoc amerykańskich mistrzów nowoczesnego popu.

Reklama

W przypadku Duran Duran ten nagły zwrot nie powinien dziwić. W końcu przed laty, nieco na wyrost, sami określali jako siebie jako "skrzyżowanie Sex Pistols i Chic”. Rockowe gitary i syntetyczne taneczne brzmienia na ich wczesnych krążkach z lat 80. nieźle się uzupełniały, choć przyznać trzeba, że oprócz chwytliwych refrenów w odniesieniu oszałamiającego sukcesu pomogła im świetna aparycja i modne ciuchy. Wychowani na wczesnych płytach Davida Bowiego, Roxy Music i klasykach disco, Anglicy zwietrzyli, że po paru latach punkowej rewolty Brytyjczycy stęsknili się za odrobiną scenicznego blichtru, glamour i elegancji. Duran Duran uwielbiały nastolatki, ale też księżna Diana czy Andy Warhol.

Le Bon i spółka oprócz tego, że świetnie wyczuwali aktualne mody, mieli też ambicje. W ich przypadku oznaczało to: dostarczyć świetny popowy produkt. Dlatego do pracy przy nagrywaniu hitowych singli "The Reflex” i "Wild Boys” i krążka "Notorious” (1986) zatrudnili Neila Rodgersa, kiedyś podporę legendarnych Chic, w owym czasie zaś topowego producenta opromienionego sukcesami "Let’s Dance” Bowiego i "Like A Virgin” Madonny. Tym razem Anglicy ponownie zainwestowali w topowe nazwiska, licząc na pomnożenie zysków. Timbaland to w końcu obok Neptunesów najsławniejszy ze studyjnych magików ostatnich lat. Na jego konto należy zapisać choćby niedawne sukcesy Timberlake’a czy Nelly Furtado. Z kolei jego podopieczny Nate "Danja” Hill - odpowiedzialny za większość produkcji „Red Carpet Massacre” - zbiera pochwały za brzmienie najnowszego krążka Britney. Wydawało się, że lepiej trafić nie mogli.

„Znośny” to jednak najlepsze, co można powiedzieć o tym krążku. I nie ma w tym winy zaproszonych gości. Studyjnych tricków Timbalanda (w trzech utworach) i Hilla jak zawsze słucha się z przyjemnością. Zaskakująco dobrze brzmi też wokal Le Bona. Co z tego jednak, skoro trudno pozbyć się wrażenia, że reszta zespołu to tylko dodatek do nowoczesnej produkcji? Na „Red Carpet Massacre” jest kilka fajnych fragmentów - "The Valley” mogłoby trafić na któryś z albumów z lat 80., "Nite Runner” nagrany to efektowny electro-pop, a akustyczne "Box Full Of Honey” wprowadza urokliwie melancholijna nutę. Reszta piosenek napisanych przez Anglików to jednak zapchajdziury, których "Danja” i Timbaland nie ośmieliliby się zaproponować żadnej z młodych pierwszoligowych gwiazd. Duran Duran liczyli chyba, że mistrzowie konsolety odpowiednio przypudrują mierny repertuar. Mocno się jednak przeliczyli. Wystarczy powiedzieć, że w premierowym tygodniu na listach przebojów zarówno w Stanach jak i w Anglii płyta zadebiutowała poza Top 30. Produkcyjny lifting to za mało, nikt nie chce bawić się przy piosenkach w wykonaniu zmęczonych, próżnych gości w średnim wieku.

Duran Duran

Red Carpet Treatment