Rację będą mieli ci, którzy powiedzą, że to jedna z dziesięciu tysięcy, jak nie więcej, wielkich imprez koncertowych organizowanych w Polsce. Dołączone do tego wzruszenie ramionami już nie do końca będzie uprawnione. Thomas Anders zarówno koncertując solo, jak i z Modern Talking Band (pozostałość po rozpadzie duetu) jest w Polsce królem. Fanki piszczą na jego widok, starają się dowiedzieć gdzie nocuje. Wszyscy, którzy pojawią się na koncercie tańczą.

Modern Talking było wielką gwiazdą muzyki dance z lat osiemdziesiątych. Niemiecki duet przyciągał prostymi, skocznymi i zapamiętywalnymi natychmiast refrenami takich przebojów jak „You're My Heart, You're My Soul”, „Cheri Cheri Lady”, „Brother Louie”, „Geronimo's Cadillac”. Grupa podobała się w wielu krajach, osiągając szczyty zestawień, natomiast w Polsce na jej punkcie wybuchło prawdziwe szaleństwo. Modern Talking było owocem trudnym do zdobycia, bo o ile za Odrą koncertów grało setki, to do Polski dotarł tuż przed rozpadem w 1987 roku, grając siedem koncertów (i wypełniając m.in. trzy razy z rzędu Spodek). Modern Talking niemal nie grały media państwowe, czasem tylko prezentując pojedyncze nagrania w Telexpresie lub „Lecie z radiem”.

Mówienie, że zespół był sławny tylko w Polsce jest ogromnym błędem. Grupa sprzedała 120 miliów płyt i do dziś uważana jest – zaraz po Scorpions – za najbardziej dochodowy niemiecki towar muzyczny.

Na warszawski koncert na Torwarze przyjedzie połowa (niegdyś mówiono: ładniejsza) duetu, czyli Thomas Anders. Obok niego na scenie pojawi się pani znana głownie z hitu „Touch Me” i zdjęć, na których prezentuje swój biust. Sentyment za jednym i drugim sprawia, że na występ 1 grudnia na Torwarze zostały ostatnie bilety. A ci co przyjdą, na pewno będą się dobrze bawić, choć niektórzy wciąż będą udawać, że na co dzień słuchają innej muzyki.