Na twój nowy krążek czekaliśmy, co prawda mniej niż na nowe płyty Guns N' Roses czy Portishead, ale dekada to i tak sporo.
Lisa Stansfield: Ta przerwa wynika przede wszystkim z powodów osobistych. Ostatnie lata spędziłam w Irlandii, gdzie czułam się doskonale i żyłam niemal jak farmerka. Wreszcie zatęskniłam jednak za studiem, sceną, sprzedałam dom i przeniosłam się w okolice Londynu. Poza tym, szczerze mówiąc, kilka lat temu miałam wrażenie, że nie do końca pasuję do tego, co się dzieje na muzycznym rynku. Od jakiegoś czasu zmienia się on jednak na dobre, promuje takich artystów jak chociażby Adele, więc postanowiłam wrócić.

W jednym z wywiadów wspomniałaś też o innym powodzie powrotu, związanym z twoim charakterystycznym pieprzykiem na policzku.
To było bardzo dziwne, bo jak mieszkałam w Irlandii, jakby zanikł. Ale niedawno wrócił i oglądając się w lustrze, miałam wrażenie, że do mnie mówi: to jest ten czas, dasz radę. Więc jestem.

Jak z perspektywy dekady, ale też czasu, kiedy zaczynałaś karierę, oceniasz muzyczny biznes, co się zmieniło?
Samo pisanie piosenek w ogóle się nie zmieniło, dalej polega na siedzeniu przed kartką, komputerem albo z gitarą. Zmieniła się tylko technologia w studiu. Pod tym względem jest na pewno łatwiej. Ale pisanie piosenek wciąż pozostaje czynnością – jak masz wenę, mniej skomplikowaną, jak nie masz, bardziej. W przypadku "Seven" pisanie zajęło kilka lat i ogółem miałam jakieś 50 piosenek albo pomysłów na nie. Proces nagrywania poszedł już sprawnie i dograliśmy go w jakieś trzy miesiące. Najtrudniejszy, jak zresztą zawsze, był sam początek. Później to już kwestia prób, błędów i wyborów.

Kilka numerów z "Seven" ma bardzo jazzowy klimat. Początek "Why" brzmi niemal jak "Fever", swego czasu genialnie zaśpiewane chociażby przez Peggy Lee. Jazz to jednak nie jest chyba twój ulubiony gatunek?
Oczywiście na "Seven" przewijają się również elementy jazzu, zresztą pisałam już przecież jazzowe, swingujące kawałki do mojego filmowego debiutu sprzed 15 lat – "Swing". Lubię jego intymny klimat, ale moją miłością zawsze pozostanie soul.

Najczęściej w kontekście Lisy Stansfield mówi się jednak jako o wokalistce pop, nie masz z tym problemu?
Pop oznacza przecież popularność, także trudno, żebym się na to obrażała.

Finałowy numer z "Seven" – "Love Can" – ponownie pokazuje, jak twoja muzyka jest sensualna, nastrojowa. Masz jakiś patent na osiąganie takiego klimatu?
Nie. Samo nam w studiu tak wyszło. Nagrywając "Love Can", nie wiedzieliśmy, w jaką pójdzie stronę. W studiu była jednak tak specyficzna atmosfera, nastrój, że ta sensualność sama wyszła.

Czy to studio miało w środku łóżko i przyciemniane lampki? Bo "Love Can" mógłby pozazdrościć sam Barry White?
Na szczęście nie, bo nagrywanie trwałoby pewnie jeszcze dłużej.

Swoją karierę rozpoczęłaś od konkursu wokalnego w rodzinnym Manchesterze. Dzisiaj w telewizji takich konkursów jest na pęczki. Sądzisz, że to dobry sposób na start?
Raczej nie najlepszy. Trzeba jednak pamiętać, że to indywidualna sprawa i na pewno wielu osobom programy typu "X-Factor" pomogły. Wiem jedno, nie mogłabym być w nich jurorem, bo za dużo przeklinam.

Z drugiej strony w jednym z wywiadów powiedziałaś, że jako nastolatka niespecjalnie interesowałaś się szkołą, bo wolałaś przygotowywać się do kariery gwiazdy kabaretu. To chyba też nie najlepsza rada dla startujących w show-biznesie.
Oczywiście, że nie, lepiej tego po mnie nie powtarzajcie.

Jak wyglądała scena w Manchesterze, kiedy w połowie lat 80. zaczynałaś karierę z zespołem Blue Zone? W mieście, mówiąc delikatnie, nie rządził soul.
To był koszmar, bo jak chodziliśmy do jakiejkolwiek wytwórni, to wszyscy po wysłuchaniu nas mówili: szkoda, że nie gracie jak The Smiths. My nie chcieliśmy tak brzmieć, dlatego wyrzucali nas za drzwi. Wszyscy dziwili się, że biała dziewczyna chce śpiewać muzykę w stylu Motown. Ten pęd na The Smiths strasznie psuł wtedy scenę. Na jakiś czas nas to zniechęciło.

Rok 1992 to na pewno jeden z najważniejszych w twojej karierze. Wystąpiłaś wtedy na wyjątkowym koncercie na stadionie Wembley, śpiewając "I Want to Break Free" dla Freddiego Mercury'ego. Jak wspominasz tamten czas?
Faktycznie to był wyjątkowy wieczór. Oczywiście z powodu kilkudziesięciotysięcznej publiczności, ale też artystów, jacy się tam spotkali, i atmosfery. Wszyscy wykonawcy oglądali nawzajem swoje występy, stojąc z boku sceny. Brataliśmy się też poza nią. Każdy schował wtedy własne ego do kieszeni. Wiedzieliśmy, że publiczność chce posłuchać Queen i oddać cześć Freddiemu, a my jesteśmy tu tylko jako goście. Dzisiaj pewnie trudno byłoby powtórzyć taki koncert.

Sporą część twojej kariery zajmują kino ("Swing", "Granice namiętności") i teatr ("Monologi waginy"). Będziesz jeszcze do nich wracać?
Chętnie zostaję na jakiś czas aktorką, ale moja największa pasja to bez wątpienia muzyka. W związku z premierą "Seven" skupiam się teraz wyłącznie na niej i póki co nie mam aktorskich planów.

W Polsce wystąpiłaś do tej pory jedynie raz, czy jest szansa, że wreszcie zobaczymy cię i posłuchamy ponownie?
Jak tylko będzie u was mniej śniegu, obiecuję, że przyjadę.