Nie kryjesz radości z ukończenia najnowszej płyty…
Gaba Kulka: Bo to dla mnie duża rzecz. Moja praca, pod własnym szyldem w ogóle jest dla mnie bardzo ważna, ale zadowolenie jest tym większe, że zaplanowaliśmy i zrobiliśmy to od A do Z. Udało się, zaowocowało czymś dobrym, nie mogę chyba czuć większej satysfakcji. Taki jest sens mojej pracy.

Tytułowy eskapizm to filozofia życiowa? Artystyczna?
Piosenka, od której wziął się tytuł albumu, dość dosłownie opowiada o ucieczce w fantazje. O tym, jak tworzymy sobie fabularną, fantastyczną wersję własnego życia, czerpiąc z ulubionych filmów, książek. Każdy człowiek żyje w pewnym kokonie prywatnych mitologii. Opowiadam o tej ucieczce do świata fikcji.

Muzyka też jest ucieczką?
Dla mnie muzyka jest jak śnienie na jawie. Dzięki niej potrafimy siedzieć zamknięci w pokoju, a w głowie odtwarzać sobie najbardziej fantastyczne historie. Od takiego eskapizmu wychodzę, ale też patrzę, w jaki sposób dziecięcy eskapizm później wpływa na nasze dorosłe życie. Zanurzanie się w muzyce jest sposobem na odwrócenie się od świata, który wydaje nam się bezbarwny, trudny i zamknięty.

Poprzednimi albumami dopiero wkraczałaś na scenę, dawałaś się poznać jako młoda oryginalna wokalistka. Teraz masz więcej wolności?
Nigdy nie czułam, że mam mniej wolności, niż teraz. "Hat, Rabbit" był w pełni autorskim przedsięwzięciem i jestem z tamtej płyty bardzo dumna. Od tego czasu angażowałam się w wiele projektów, którymi inni podzielili się ze mną albo ja dzieliłam się z innymi muzykami. Były to rzeczy trochę innej natury. Nie wartościuję tego, każdy projekt uważam za ważny. Na pewno wszystko, co robiłam pobocznie, także mnie ukształtowało. Pięć lat to szmat czasu. Niemożliwe jest nie uczyć się, kiedy śpiewa się tak zróżnicowany repertuar z tak różnymi muzykami. Jestem pewna, że "The Escapist" brzmiałby zupełnie inaczej, gdyby nie tamte projekty.

Przez kilka lat dziennikarze zadręczali cię pytaniami o to, kim właściwie jesteś i do jakiego gatunku zakwalifikować twoją muzykę. Mówiłaś, że grasz pop, ale twój pop nie miał nic wspólnego z łatwą muzyką dla mas. Mówiono, że jesteś spadkobierczynią Tori Amos i Kate Bush, a ty nagrywałaś płytę z autorskimi coverami Iron Maiden. Trudno było rozgryźć Gabę Kulkę…
Tak było, ale wydaje mi się, że w międzyczasie napłynęło do nas tyle muzyki, i z Polski, i z zagranicy, że muzyka w tej chwili stała się tak eklektyczna, że podobne próby klasyfikowania przestały mieć sens. Mieszanie stylów w każdym gatunku stało się normą. Ale wciąż bawi mnie, gdy po koncercie ktoś do mnie przychodzi i pyta, co ja właściwie gram. Jestem wobec tych pytań zupełnie bezradna. Chciałabym pomóc, ale nie potrafię.

Na nowej płycie znów wyraźnie słychać wpływy Tori Amos. Nadal jest ci tak samo bliska?
Ciekawa jestem, kto gdzie ją usłyszy. Bezpośrednią inspiracją Tori Amos był utwór "Mastodon Heart". Dla mnie to taki minihołd dla jej albumu "Boys for Pele" z 1996 roku. Oczywiście moja kompozycja brzmi inaczej, ale gdzieś podskórnie i intuicyjnie jest dla mnie najbliżej tych fascynacji, które odczuwałam, słuchając "Boys for Pele" czy z drugiej strony "To Bring You My Love" PJ Harvey. Był taki moment, kiedy taka surowizna, serwowana przez kobiety, była dla mnie niesamowicie żywa.

Drażnią cię ciągłe porównania do Tori Amos?
Nie, już się przyzwyczaiłam. Podobnie jak do porównań z Kate Bush. To są moje korzenie i wcale się ich nie wypieram, bo są genialne. A to, że każdemu zajmuje chwilę, zanim nabierze własnych kolorów, jest naturalne. Nie irytuję się, bo po pierwsze, trwa to tak długo, że już wiem, ile jest w tym prawdy, a ile nie. Po drugie, gdyby ktoś mnie porównywał do artysty, którego nie lubię, byłby to dla mnie dramat i walczyłabym z tym. W tej sytuacji nie muszę.

W szkole muzycznej grałaś na fortepianie, jako nastolatka próbowałaś gry na gitarze. Dlaczego fortepian stał się twoim ukochanym instrumentem?
Fortepian, nawet gdy gra się na nim podstawowo, daje dużo satysfakcji. Nie bardzo da się na nim fałszować. Grając dwoma palcami, też można coś ułożyć. Jest świetnym narzędziem dla kompozytora, ale jest też przyjaznym instrumentem dla początkującego. To mnie na początku wciągnęło, ale słuchałam też dużo muzyki granej na fortepianie. Kate Bush, Eltona Johna…

Muzyków słusznie pyta się o to, jak zaczynali grać, ale mało kto zadaje im pytanie, jak uczyli się pisać teksty. Bądź co bądź, ta umiejętność nie przychodzi sama…
Uczyć można się wyłącznie metodą prób, błędów i powtórzeń. Zaczynałam od pisania bardzo złych wierszy, również po angielsku. Przeszłam ten cały poligon notesów, brulionów, ton atramentu. Nie ma wyjścia, trzeba najpierw być miernym poetą, żeby potem ewentualnie się poprawiać.

Szkoda, że tym razem tylko dwie piosenki napisałaś po polsku, bo bardzo ciekawie operujesz polszczyzną. To prawda, że pisząc po polsku, bardziej się krępujesz, czujesz się bardziej obnażona?
Rzeczywiście, kiedyś tak było. Stopień obnażenia wydawał mi się większy, kiedy pisałam po polsku. Czasem miałam wrażenie, że słyszą mnie moi najbliżsi, znajomi, rodzina, a to, o czym śpiewam, bywa krępujące. Ale z czasem to się wyrównało. Angielski stał się dla mnie bardziej osobisty niż kiedyś, a polski przestał być aż tak paraliżujący.

Zdarza ci się odczuwać wstyd, kiedy masz publicznie wykonać piosenkę wyjątkowo dla ciebie osobistą?
Nie, kiedy śpiewam piosenkę, mam przekazać te emocje i tę energię, które w niej są. Nie myślę o tym, czy będę wyglądać zbyt dramatycznie, głupawo czy we mnie będzie coś kogoś razić. To nie ma najmniejszego znaczenia, bo ważny jest utwór. Śpiewając, nie istnieję poza piosenką. Oczywiście, jeśli wszystko jest dobrze. Kiedy goście stukają przy barze kuflami i nie jestem w stanie wejść w swój utwór, to jest najgorsza rzecz z możliwych. Dużo bardziej wstydzę się, próbując opowiadać o swoich tekstach dziennikarzom. Za każdym razem, gdy idę na wywiad promować tę płytę, zdaje mi się, że już wiem, jak to zrobić, że to, co powiem, będzie stuprocentowo szczere i najlepiej streści ten album. Tylko że to okazuje się zupełnie niemożliwe.

Twoje teksty są wieloznaczne, pełne osobliwych metafor. Nic dziwnego, że ludzie pytają, o co w nich chodzi.
Gdy ktoś pyta o piosenki, to oczywiście jest super. Ale przy tym albumie zdałam sobie sprawę, że nie będzie możliwe mówienie o nim bez niedopowiedzeń. Mam tylko "niedopowiedzenia i półprawdy", jak napisałam w jednym z utworów.

To, że tak trudno cię rozgryźć, to twój wielki atut jako artystki.
Oby tak było. Robię, co mogę. Nie jest moim zamierzeniem, żeby być inna niż wszyscy, ale mam ten luksus, że pozwala mi się robić to, co chcę. Z tego luksusu trzeba korzystać, bo jeszcze ktoś się zorientuje, że już dość i zamykamy ten kramik.