Za miesiąc kończysz 50 lat. Swoim nowym krążkiem "Phantom Radio" podsumowujesz te pół wieku?
Mark Lanegan: Nie. Nie jestem z tych, którzy przejmują się metryką. Moje teksty zawsze są osobiste, ale na "Phantom Radio" nie rozczulam się nad swoim wiekiem. Ta pięćdziesiątka niespecjalnie zmienia moje życie.

Czyli nie szykuje się huczna jubileuszowa impreza?
Będzie tylko skromna kolacja z najbliższymi przyjaciółmi. Żadne wielkie party.

Dziesięć numerów z "Phantom Radio" to w pełni nowy materiał czy masz jakieś "pudełko", w którym przechowujesz piosenki sprzed lat i raz na jakiś czas do niego sięgasz?
To piosenki nagrane specjalnie na ten krążek, nie mam muzycznych zapasów. Powstawały podczas mojej ostatniej trasy koncertowej, ale nie tylko. Piszę praktycznie wszędzie, gdzie się da. Nawet łazienka nie stanowi dla mnie problemu. To też dobre miejsce. Materiał na "Phantom Radio" powstał dość szybko. Co prawda całość realizacji trwała jakieś cztery miesiące, ale pracowaliśmy kilka dni w tygodniu, po kilka godzin.

Ponownie pracowałeś z producentem Alainem Johannesem. Powiedziałeś w jednym z wywiadów "zanim go poznałem, wszystko było dużo trudniejsze". Co takiego zmienił w twoim procesie nagrywania płyt?
To człowiek orkiestra. Jest jednym z najbardziej utalentowanych gości, jakich znam. Potrafi grać chyba na każdym instrumencie, obsługuje programy w studiu, śpiewa, spokojnie można go nazwać człowiekiem renesansu. Jest przy tym bardzo życzliwy i otwarty. Kiedy tylko opiszę zalążek pomysłu, tego, o co mi chodzi, w mig łapie klimat piosenki. Co ważne, nie tylko spełnia moje prośby i słucha mnie, lecz także sam kreuje podkłady, które dopełniają utwór. Przy nim czasami czuję się jak wytrenowana małpka, która dookoła niego podśpiewuje. Gdyby patrzeć na to, ile Alain włożył wysiłku i umiejętności w "Phantom Radio", myślę, że bez cienia przesady płytę można by podpisać Alain Johannes Band.

Patrząc na ciebie, ten mroczny anturaż, jaki cię otacza, trudno przewidzieć, że potrafisz być tak asertywny. Chociaż setki twoich kolaboracji może to potwierdzać. Masz jakąś listę artystów, z którymi chcesz pracować?
Oczywiście, że nie. Mam to szczęście, że bardzo często współpracuję z artystami, których podziwiam, i to jest dla mnie jeden z powodów, dla których tak często pracuję z muzykami z różnych muzycznych rejonów. Trudno byłoby mi odmówić na przykład Nickowi Cave'owi, skoro podziwiam to, co robi.

A jakich tekściarzy szczególnie cenisz?
Jest ich cała masa, ale na pewno wymieniłbym Johna Cale'a, Lou Reeda, Davida Bowiego czy Bryana Ferry'ego. Stara szkoła.

Na "Phantom Radio" nawiązujesz do mrocznej elektroniki, krautrocka. Kiedy poznałeś tę scenę?
Już w latach 70., kiedy usłyszałem zespoły niemieckich eksperymentatorów pokroju Kraftwerk, Can, Neu! czy Cluster.

Tego się wtedy słuchało w miasteczku, w którym się wychowywałeś?
W moim miasteczku niczego się nie słuchało, tam nie było żadnych fanów ani subkultury. Ani punk rocka, ani classic rocka, ani tym bardziej krautrocka.

W jaki sposób zdobywałeś swoje pierwsze płyty w latach 70. i 80.? U nas trzeba było liczyć na przyjaciół, których ojcowie pływali na statkach.
Mieszkałem setki mil od Seattle. Żeby zdobyć płyty, musiałem jechać tam kilka godzin autobusem. W Seattle sklepów z winylami wtedy nie brakowało. Kupowałem też punkrockowe magazyny. Na ostatnich stronach reklamowały się zespoły, które wysyłały płyty pocztą. Tak wysyłkowo kupowałem głównie 7-calowe analogi.

Przy nagrywaniu ostatnich płyt nie stronisz od nowinek technicznych, to znaczy, że na twoich półkach nie ma już winyli, a słuchasz muzyki na przykład na iPodzie?
Nie, wciąż mam winyle i cały czas je zbieram. Nowe płyty też kupuję na tym nośniku. Zresztą tak wydaję też swoje wszystkie krążki, nawet koncertowe bootlegi.

To może do nagrywania używasz iPoda albo innego nowoczesnego sprzętu?
Jeśli chodzi o nagrywanie głosu, to głównie używam telefonu. Ale nie gardzę też dyktafonem czy magnetofonem, albo aplikacją pokroju GarageBand.

Na "Phantom Radio" użyłeś m.in. aplikacji Funk Box. W jaki sposób zmieniła ona sposób nagrywania?
Główną jej zaletą jest to, że zawiera szereg automatów perkusyjnych sprzed lat, które można kalibrować w dowolny sposób. Do paru demówek, które nagrywałem w domu, użyłem podkładów właśnie z Funk Box. To prosty program i nie trzeba się specjalnie w niego zagłębiać, żeby być w stanie na nim pracować. Nie znaczy to jednak, że pozbyłem się wszystkich automatów perkusyjnych z domu, ale kilka sprzedałem, chociażby rolandy 808 i 909.

Ćwiczysz swój głos? Powiedziałeś kiedyś, że bardzo ważna jest dla ciebie nieustanna nauka.
Ale nie chodziło mi o naukę śpiewania. Nigdy nie ćwiczyłem głosu, nie chodziłem na lekcje, pozostawiam go takim, jak jest. Wiem, że był nieco inny, kiedy paliłem papierosy, i inny jest teraz, kiedy od siedmiu lat nie palę. Nie staram się tego zmienić. Uczenie polega na umiejętności wykorzystywania doświadczenia. Chodzi o pewne niuanse używania głosu, które wychodzą podczas pracy. Cały czas odkrywam coś w swoim głosie. Uczę się pisania piosenek, sposobu produkowania materiału, jak współpracować z ludźmi, żeby odnieść pożądany wynik. To jest dla mnie ważne.

Podobno, delikatnie mówiąc, nie przepadasz za swoim pierwszym solowym albumem "The Winding Sheet" z 1990 roku, na którym odciąłeś się od brzmienia twojego ówczesnego zespołu Screaming Trees?
Jest kilka płyt, których bym ponownie nie nagrał albo raczej nagrał je inaczej. Ale zawsze starałem się dać z siebie tyle, ile mogłem, więc nie jest tak, że się jakiejś płyty wstydzę.

W lutym przyjedziesz do Polski.
Tak, zagram materiał z "Phantom Radio", ale też sporo starszych piosenek. Cieszę się, że ponownie do was wrócę, bo zawsze spotykam się z dobrą atmosferą, ludźmi, no i jedzeniem.