Kękę, czyli radomski raper Piotr Siara,  to prawdziwy fenomen. jest niemal nieobecny w mediach mimo sprzedaży grubo ponad dwustu tysięcy swych płyt. Nowa, zatytułowana po prostu „Mr. Kękę”, trafi do sprzedaży we wrześniu. Album można zamówić już dziś, choć na stronie z zamówieniami jasno jest napisane, że wysyłka nastąpi dopiero 10 września.

Po co artyście taki ruch? Można założyć, że fani już dziś album zamawiają, płacąc za jedną płytę 45 złotych. W czasach, w których muzyka powszechnie jest dostępna za niewielką opłatą w serwisach streamingowych, taki ruch to jeden ze sposobów na to, by nagranie i produkcję płyty sfinansować. Artyści – nawet ci bardzo znani – jeśli wydają poza wielkimi firmami, często decydują się na zbiórkę środków także przez serwisy croudfoudingowe.

To ma ogromne przełożenie na polski rynek płytowy. Okazuje się bowiem, że niezależne wytwórnie (a do takich można, a nawet trzeba zaliczyć należące do Kękę label Takie Rzeczy) mogą skutecznie rywalizować na polskim rynku z wielkimi międzynarodowymi gigantami. Jeśli popatrzymy zaś na listę bestsellerowych polskich artystów, to tylko Dawid Podsiadło związany jest z tzw. majorsem.

Kękę można lubić, albo nie lubić, to oczywiście kwestia gustu. Za to, jak radzi sobie na trudnym rynku płytowym należy tylko i wyłącznie bić brawa.

Pierwsza, wydana w 2013 "Takie rzeczy" wydana została nakładem wytwórni Prosto, podobnie jak jej następczyni z 2015 roku "Nowe rzeczy". Pierwsza znalazła ponad 30 tysięcy nabywców, druga pokryła się podwójną platyną i została kupiona przez ponad 60 tysięcy fanów. "Trzecie rzeczy" ukazały się w 2016 roku i sprzedały się znów w niezwykłym nakładzie - dziś jej sprzedaż dochodzi do 70 tysięcy sztuk, podobnie jak wydanej w 2018 roku płyty „To tu”.