Jak wyliczył "Super Express", Dawid Podsiadło dzięki trasie "Wielkomiejski tour", w którą muzyk wyruszył po zakończeniu koncertów w ramach "Małomiasteczkowy tour", od lutego do maja wystąpił wraz z zespołem łącznie 55 razy. Według dostępnych danych za jeden koncert wokalista inkasuje nie mniej niż 45 tys. zł. Dziennik wykalkulował, że dzięki intensywnej trasie Podsiadło zarobił prawie 2,5 mln zł, choć trzeba mieć na uwadze, że to kwota do podziału między artystę, managera oraz cały zespół i współpracowników, w tym tych technicznych.

Średnia gaża Podsiadły jest jedną z większych na polskim rynku. Według dostępnych informacji, Kazik i Kult zarabiają około 50 tys., a Kayah i Goran Bregović – 40 tys. zł. 26-letni muzyk jest więc dzisiaj opłacany prawie tak dobrze jak muzyczni wyjadacze. Co ma jednak Podsiadło do gospodarki? Okazuje się, że wiele.

W 2018 r. "Forbes" uznał Taylor Swift za 21. najlepiej zarabiającą gwiazdę. W wieku 29 lat jest jedną z najmłodszych osób na tej liście. Swift ma posiadać majątek warty 320 mln dol. Według zmarłego niedawno Alana Kruegera, autora książki "Rockonomics", jest finansowym geniuszem. Dzieło, które stanowi zwieńczenie prac Kruegera nad przemysłem muzycznym, jest pod wieloma względami przełomowe. Przemysły kreatywne to dzisiaj kluczowe elementy gospodarki, a słuchawki w uszach to element zwiększający jakość życia milionów, jeżeli nie miliardów ludzi w czasie podróży z punktu A do punktu B.

Muzyka niesie ze sobą wiele wyzwań. Ekonomia subskrypcji sprawiła, że kupujemy coraz mniej albumów, a artyści zarabiają głównie na koncertach. Podział rynku, w którym zwycięzca bierze wszystko, jest w przypadku muzyki jeszcze bardziej właściwy do opisu niż w przypadku gospodarki cyfrowej (np. segmentu wyszukiwarek internetowych czy przeglądarek). Zarabianie na muzyce na żywo sprawiło, że pieniądze na rynku muzycznym trafiają do kilku gwiazd, a reszta artystów klepie biedę.

Technologia cyfrowa napędziła proces migracji słuchaczy od produktów do usług. Muzykę czy filmy, które przez lata kupowaliśmy na trwałych nośnikach, żeby potem położyć na półce, dziś ściągamy z internetu, płacąc co miesiąc abonament. Nawet iTunes, który miał być formą cyfrowej kolekcji muzycznej, przestał mieć sens, skoro z albumów możemy korzystać, a nie je kupować. Nadchodzące wielkimi krokami zmiany na rynku, jak dostęp do treści z jeszcze wyższą prędkością dzięki 5G, również przyczynią się do skokowego wzrostu zainteresowania usługami streamingowymi.

Dzięki tym zmianom wydajemy na muzykę niezwykle mało. W USA konsumenci wydają średnio 10 centów dziennie. To 2 proc. całkowitych wydatków na rozrywkę i media. Łączne wydatki na muzykę na całym świecie w 2017 r. wyniosły 50 mld dol., czyli 0,06 proc. globalnego PKB. Przemysł muzyczny ilustruje również ekonomię supergwiazd. Zwroty za bycie najlepszym – w przeciwieństwie do bardzo dobrego – wzrosły drastycznie dzięki technologiom cyfrowym, które pozwalają na słuchanie piosenek na całym świecie.

W 2017 r. najwyżej opłacana 0,1 proc. muzyków odpowiadała za ponad połowę sprzedanych albumów i podobnie nieproporcjonalnie dużą część muzyki streamingowanej. Jeśli chodzi o koncerty, górny 1 proc. wokalistów i zespołów odpowiadał za 60 proc. przychodów, gdy w 1982 r. było to 26 proc. Dlaczego niektórzy wykonawcy znajdują się na szczycie? Talent odgrywa wyraźną rolę, ale równie ważne jest szczęście. Wszyscy lubimy piosenki, które już słyszeliśmy, a to sprawia, że częściej wybieramy i słuchamy tych utworów, które lubią nasi znajomi. To tworzy sprzężenie zwrotne i zamyka muzyczną pętlę.

W rezultacie początkowy sukces muzyka, który może zależeć od fartu, sprawia, że staje się on coraz bardziej popularny. Krueger pisze w tym kontekście o występowaniu prawa mocy, które mówi, że relatywna zmiana jednej wartości skutkuje relatywną zmianą drugiej wartości, co w biznesie często oznacza, że jedna na 1000 firm, która odnosi sukces, będzie mieć przychody większe niż pozostałe 999 firm łącznie.

Muzyka przeszła dwie fale zmian. Poza wspomnianą rewolucją streamingu na początku XXI wieku digitalizacja i udostępnianie plików drastycznie zmniejszyły sprzedaż fizycznych albumów. To spowodowało, że muzycy podnieśli ceny za występy na żywo. W 2017 r. przychody z koncertów stanowiły 80 proc. dochodu 48 najlepszych muzyków na świecie, a nagrania muzyczne – tylko 15 proc.

Streaming wzmocnił ten trend, bo muzycy zaczęli walczyć o to, by znaleźć się na playlistach (np. "Muzyka do biegania"), ale przychody z odtwarzania w platformach takich jak Spotify nadal nie pozwalają im się utrzymać. Na masowe koncerty przyciąga jednak wyłącznie dobry "line-up", czyli zestaw gwiazd, który sprawi, że na żywo będziemy mogli usłyszeć największe hity ulubionego artysty, a nie mniej znanego, ale często ciekawszego artysty z nowymi przebojami. Zdarzają się jeszcze darmowe koncerty, ale ich czas ewidentnie przemija, bo to się po prostu nie opłaca artystom, tak jak przestało się opłacać sportowcom.

Rynek muzyczny stał się superkonkurencyjny i demokratyczny, bo każdy za niską cenę ma dostęp do wszystkich artystów świata. Ale jednocześnie jest on też wyjątkowo nierówny pod względem podziału zysków i przypomina oligopol. Jeżeli w przeszłości nie życzyliśmy naszym dzieciom kariery artystycznej, tym bardziej nie powinniśmy im tego życzyć w przyszłości, bo szans na karierę i zarobki pozwalające utrzymać rodzinę mają jeszcze mniej niż dekadę temu. Taka jest nowa ekonomia muzyki. Oby tylko ten rynek nie był lustrem, w którym odbija się dzisiejszy kapitalizm.