W ostatnim filmie z serii o Bridget Jones ("Bridget Jones 3" 2016, reż. Sharon Maguire) oglądamy jedną z najzabawniejszych i zarazem najbardziej rozbrajających scen. Oto znana już widzom od lat 90. bohaterka wreszcie staje się kobietą dojrzałą i wyzwoloną. Choć ma 43 lata, wciąż czuje się młodo, potrzebuje pozytywnej adrenaliny i nastoletniego szaleństwa, dlatego wraz z bliską przyjaciółką w swoim wieku wybierają się na młodzieżowy festiwal muzyczny. Tam dziewczyny postanawiają uwiecznić swoje szaleństwa, by podzielić się wrażeniami w mediach społecznościowych. Do tego celu potrzebują wspólnego zdjęcia. Kto je zrobi? Bohaterki proszą pierwszego napotkanego w pobliżu chłopaka. Jest rudy, lekko przy kości, ma sympatyczny wyraz twarzy, ale na ulicy – przynajmniej według przekonania Bridget i jej koleżanki – nikt nie zwróciłby na niego uwagi.

Reklama

Mężczyzna z bezpretensjonalnym uśmiechem godzi się na zdjęcie, ale jest przekonany, że Bridget Jones i jej przyjaciółka marzą o tym, by mieć fotografię razem z nim. Ku jego zdumieniu nic podobnego się nie staje – rozbawione i rozochocone używkami kobiety chcą, aby chłopak zrobił im zdjęcie we dwie, nie zasłaniając im kadru. Po cóż im towarzystwo anonimowego rudzielca na instagramowej fotce? Bohaterki mają wrażenie, że gdzieś już widziały sympatycznego jegomościa. Może kiedyś sprzedał im kawę w jednej z popularnych sieciówek?

Sytuacja wkrótce się wyjaśnia. Kiedy zaczyna się główny koncert na scenie, kobiety przebijają się przez tłum zdominowany przez zachwycone dziewczęta w wieku gimnazjalnym i studenckim. Na scenie poznany przed paroma godzinami rudzielec stoi z gitarą, śpiewa folkowe ballady i wzbudza nieopanowany zachwyt publiczności. Tym rudzielcem jest oczywiście Ed Sheeran (my, widzowie, doskonale o tym wiemy, stąd komizm sytuacji). "To ten facet ze Starbucksa” – wykrzykują Bridget i jej kompanka, choć w ferworze koncertowej zabawy zapominają o gafie, która sprawiła, że pomyliły wielką gwiazdę festiwalu ze zwykłym uczestnikiem festiwalu.

Niejeden film

To nie pierwszy występ jednego z współczesnych najpopularniejszych artystów popowych na małym i dużym ekranie, bo tych scenicznych policzyć dziś właściwie niesposób. W jednym z ostatnich sezonów "Gry o tron" Sheeran zagrał przemierzającego Westoros barda i żołnierza brygady Lannisterów, śpiewającego stare ballady, mające pokrzepić strudzonych żołdaków (spotkała go za to zresztą fala krytyki – zarówno ze strony jego własnych fanów, jak i fanów serialu). W filmie "Yesterday" (2019, reż. Danny Boyle) Ed Sheeran wcielił się w rolę samego siebie jako gwiazdora o niekwestionowanym talencie, stającego w szranki z oszustem, podającym się za autora piosenek Beatlesów. Sheeran z wdziękiem i godnością w filmie przegrywa, nie odkrywając, że pojedynek odbiega daleko od zasad fair play.

Reklama

Dlaczego jednak zaczynamy od sporadycznych występów Sheerana w filmach i serialach? Przecież to występy na największych stadionach i salach koncertowych świata, są jego prawdziwym żywiołem. Nazywają go typem artysty bezpretensjonalnego, nie ukrywającego się pod ekstrawaganckimi maskami ani pseudonimami, chłopakiem o aparycji sympatycznego grajka, który potrafi umilać czas grą na gitarze akustycznej słuchaczom zgromadzonym przy kameralnym ognisku. Stąd też – najprawdopodobniej – jego sceniczny urok, który urzeka tłumy.

Reklama

Z klubów na stadiony

Kilkanaście lat temu grał jeszcze w małych klubach, a nawet na ulicy. Nie minęło jednak wiele czasu, gdy zaczął przyciągać publiczność na londyńskim Wembley i wypełnić legendarny stadion fanami po brzegi (zrobił to kilkukrotnie). Kiedy w Polsce miał wystąpić na PGE Narodowym w 2018 roku, bilety wyprzedały się tak szybko, że organizatorzy w pośpiechu zorganizowali koncert w dniu następnym – i wówczas bilety, a było ich około 60 tysięcy, rozeszły jak świeże bułeczki. A przecież zaledwie trzy lata wcześniej Sheeran występował w Polsce na relatywnie malutkim Torwarze. Już wtedy był zresztą wielką gwiazdą. Co właściwie zdecydowało o jego niezmierzonej popularności?

To fenomen prostego chłopaka. Nie jest gwiazdorem, za którym trzeba gonić. Nie jest kimś, kto wygląda jak milion dolarów na Instagramie, nie jest niedoścignionym wzorem wyglądu. To ktoś, kto przypomina chłopaka z sąsiedztwa" – tłumaczy w wypowiedzi dla PAP Michał Cichoński, redaktor muzyczny Radia 357.

Jak dodaje: "To chłopak, któremu się udało, ale który cały czas pamięta o swoich korzeniach. Podkreśla je na każdym kroku, przypomina, jak bardzo jest związany ze swoim zespołem, społecznością".

A skąd pochodzi ED Sheeran? Urodził się w Halifaksie, handlowym mieście w Calderdale w West Yorkshire. Wywodzi się z rodziny artystycznej. Ojciec pracował jako kustosz artystyczny i wykładowca. Jego mama była projektantką biżuterii. Płynie w nim irlandzka krew – dziadkowie po obu stronach są Irlandczykami. Młody Ed wychował się na muzyce największych twórców pokolenia swoich rodziców – m.in. Bobie Dylanie i Ericu Claptonie. Pierwszą płytą, którą przesłuchał i która trwale miała zapaść mu w pamięć był album „Irish Heartbeat” Van Morrisona.

Nie gwiazdorzy

"On specjalnie nie gwiazdorzy. Potrafi pokazać swoje zdjęcia z wieczoru kawalerskiego z Krakowa [w styczniu 2019 Sheeran poślubił Cherry Seaborn, z którą był związany od pięciu lat - przyp. PAP], ale powiedzmy otwarcie – kto tego nie robi?" - mówi Cichoński. "Po prostu da się go lubić. Mówi w sposób prosty o sprawach, które dotyczą wszystkich ludzi. Jeśli dołożymy do tego przebojowe piosenki, naprawdę bardzo przebojowe i dobrze wyprodukowane, to jest gotowy materiał na sukces. Nie ma w tym wielkiej tajemnicy" – kontynuuje, zaznaczając, że podobnych przypadków w historii muzyki rozrywkowej było kilka.

Dziennikarz dodaje, że Sheeran "ma barwę głosu, która większości nie przeszkadza, a dużej części się podoba. Nadaje się do emisji w audycjach radiowych nadawanych w ciągu dnia, których pierwszym zadaniem jest po pierwsze – że mają nie przeszkadzać i nie zmuszać do refleksji. A po drugie – kiedy już zaczyna śpiewać na koncertach, ma naturalną ekspresję i dar porywania nawet tych ludzi, którzy nie są nim specjalnie zainteresowani".

Gatunek muzyczny uprawiany przez Eda Sheerana, Marcin Cichoński definiuje jako mieszankę popu, wpływów electro, folku i delikatnych inspiracji rocka z Wysp Brytyjskich. Świat usłyszał o Sheeranie pod koniec ubiegłego dziesięciolecia. Do tej pory artysta sprzedał kilkadziesiąt milionów płyt na całym świecie.

Ale wizerunek bezpretensjonalnego chłopaka z gitarą może nieco zwieść. Ed Sheeran od młodych lat nie tylko kształcił się muzycznie, ale i zaczął komponować piosenki, które zapisały się w historii przemysłu fonograficznego i filmowego. W 2013 nagrał i wydał piosenkę "I See Fire", która została napisana i nagrana w celu promocji filmu "Hobbit: Pustkowie Smauga".

W ciągu dekady wydał pięć płyt studyjnych o dość enigmatycznych w większości tytułach nawiązujących do symboli matematycznych: "+" (2011),"x" (2014), "÷" (2017), "No 6. Collaborations Project" (2019) oraz "=" - [czyt. "Equal" - przyp. PAP] (2021). 3 grudnia 2021 wraz z Eltonem Johnem wydał piosenkę "Merry Christmas". Dochód z niej ma zostać przeznaczony w połowie na fundację Sheerana, zapewniającą dotacje młodym muzykom w jego rodzinnym mieście w Suffolk, w połowie zaś - na organizację charytatywną Eltona zajmującą się AIDS.

Wróćmy jednak do propozycji filmowo-telewizyjnych Eda Sheerana, które przyjmuje często i chętnie. W 2019 we wspomnianym "Yesterday" ze znanym sobie dystansem podjął się muzycznego konkurowania z Czwórką z Liverpoolu. Ale czy porównania do najsłynniejszej grupy świata, rzeczywiście są tak bardzo na wyrost? W końcu szaleństwo i wrzask zwłaszcza żeńskiej części widowni na jego koncertach niektórzy dziennikarze muzyczni porównują z beatlemanią.

Koncerty Eda Sheerana w ramach trasy koncertowej "+-=:x" Tour 2022 odbędą się czwartek i w piątek na PGE Stadionie Narodowym w Warszawie.