Norah Jones

"The Fall"

Wyd. 2009



Album „The Fall” ukazał się w szczególnym momencie. Z jednej strony słuchaczom już spowszedniała magia jej akustycznych, słodkich piosenek z debiutanckiej płyty „Come Away With Me” i następnej „Feels Like Home”. Z drugiej strony parę artystek znalazło się w podobnym impasie. Diana Krall, Sade i Joss Stone również nagrywają płyty będące odpowiedzią na próbę wepchnięcia ich do gatunków będących „trendy”.

Jones miała najtwardszy orzech do zgryzienia. Jej trzeci studyjny album „Not Too Late” (2007) nie wzbudził specjalnego entuzjazmu. Płyta sprzedawała się dobrze, choć nieco gorzej niż inne jej albumy. Debiutancki krążek Norah poszedł jak woda – 18 mln sprzedanych egzemplarzy na całym świecie. Druga płyta tylko w pierwszym miesiącu po premierze rozeszła się w dwóch milionach sztuk. Ale najważniejsze było to, że kolejnym albumem Jones niestety zakwalifikowała się do kategorii muzycznych trzpiotek, brylujących między listą przebojów a koncertem w prestiżowym klubie jazzowym.

Urodziwa córka Raviego Shankara samym swoim pojawieniem się siedem lat temu zdobyła fanów zmęczonych popową sieczką. Była naturalną odtrutką na Christinę Aguilerę i Britney Spears, bo śpiewała proste piosenki, których trudno nie lubić. Norah urzekła jednak przede wszystkim słuchaczy wychowanych jeszcze na klasycznym jazzie, soulu, swingu, jak również tych, którzy w muzyce szukają bezpiecznego mainstreamu. Do takich dźwięków pasuje jej zjawiskowa uroda, więc gdy w szczytowym momencie kariery zagrała w filmie „My Blueberry Nights” Wonga Karwaia, świat odetchnął – jej aspiracje muzyczne przestały mieć znaczenie.



CZAS NA ZMIANY

Dla wokalistki, debiutującej znakomitym „Come Away With Me”, musiał to być znak, że pora na zmiany. Przygotowując się do nagrania kolejnej płyty, zaczęła szukać w kręgu artystów, do których od dawna miała słabość, Toma Waitsa i Elvisa Costello. Pomógł jej producent Jacquire King (Modest Mouse, Kings Of Leon), kierując ją ku bardziej rockowym i bluesowym brzmieniom. Do „The Fall” cegiełkę dołożyli amerykański song-writer Ryan Adams, a także gitarzysta Waitsa i Costello Marc Ribot oraz klawiszowiec James Poyser (Roots i Erykah Badu). I wyszła płyta, na którą warto było czekać.

Trzydzieści lat to, jak się okazuje, magiczny próg dla artystów. Do tego czasu Norah rozstała się z wieloletnim partnerem Lee Alexandrem, z którym napisała większość swoich przebojów. Echa końca tego związku są i na tej płycie – w funkowym „Back to Manhattan” podsumowuje gorzko swoje narzeczeństwo. Widać więc, że choć w bolesny sposób, to w końcu dojrzała i efektem tego jest „The Fall”: do głębi bluesowy, momentami soulowy, pełen folkowych odniesień i rockowych aranżacji album.


Otwierający go „Chasing Pirates” wręcz poraża brzmieniem pianina Wurlitzer (Poyser) i basu zanurzonego w wysmakowanym bluesie. Jej głos olśniewa, Norah śpiewa bez wysiłku, stylowo jazzując, lekko przeciągając frazy. Czasem tylko mówi lub mruczy. Brzmi jak Emmylou Harris, Nina Simone, ale to wciąż ta sama subtelna Norah. I choć bawi się głosem, brzmi on doroślej i smutniej niż kiedykolwiek.

p

Później jest tylko lepiej, o czym można przekonać się, słuchając coveru „Young Blood” czy „It’s Gonna Be” – rockowego hitu z nerwowym pulsem gitary. Jones jest bardzo różnorodna na tej płycie. Od korzennej, bluesowo-folkowej melancholii „Light As A Feather” wiedzie nas przez najprawdziwsze country w „Tell Yer Mamma” i akustyczne „Man Of The Hour” aż po świetne piosenki, lekko popowe ze współczesnym nerwem, które poradzą sobie na listach, jak „Chasing Pirates”. Interesujące są monotonnie brzmiące, rockowe gitary i powściągliwe klawisze. Jest tu kilka słabszych utworów, lecz przy potencjale „The Fall” nie rażą.



TROPEM DIANY KRALL

Jones poszła drogą, którą próbują podążać inne wokalistki. Diana Krall, choć nagrała album ze standardami, „Quiet Nights”, zrobiła to po swojemu, w na wskroś współczesny sposób. Ona również nie chciała wzniecać rewolucji, jedynie wpuścić w kompozycje Jobima i Gilberto trochę współczesnej zmysłowości.

Krall wiele ryzykowała, próbując połączyć doskonałe, orkiestrowe aranżacje z intymnym szeptem. Spadkobierczyni Shirley Horn udało się utrzymać status jednej z najwybitniejszych wokalistek jazzowych, która jednak należy już bardziej do świata muzyki popularnej niż jazzu kontestującego, podobnie jak Norah Jones. Lecz ta ostatnia udanie wraca do korzeni muzyki, z której się wywodzi, tak jak Joss Stone, obwołana kilka lat temu nadzieją białego soulu.



EROTYCZNA SADE

Po przeciętnym ostatnim albumie „Introducing Joss Stone”, którym na dobre próbowano wtłoczyć ją na półkę z napisem „r’n’b/hip-hop”, czwartą płytę, zatytułowaną „Color Me Free!”, nagrała w stylu soul. Stone powraca do tego, czym rozbłysła jako genialne dziecko: do fantastycznych, swobodnych wokaliz a la Janis Joplin. Tak jak Norah Jones Stone odkryła, że w muzyce najlepsze jest to co naturalne. Do podobnego wniosku doszła Sade, która po prawie dziesięcioletniej przerwie wraca do show-biznesu. Nowa płyta nigeryjskiej gwiazdy r’n’b i pop, „Love Supreme”, która ukaże się na dniach, ma być utrzymana w erotycznym klimacie piosenek mistrza neosoulu Maxwella. Jeśli będzie taka choć w połowie, powrót Sade będzie można uznać za udany – tak jak „The Fall” Norah Jones.