Za kilka miesięcy mija 30 lat od debiutu Yello, „Solid Pleasure”. Zamierzacie jakoś fetować ten jubileusz z Borisem Blankiem?
Dieter Meier: W naszym wieku nie obchodzimy takich rocznic (śmiech). Nie zdawaliśmy sobie sprawy, że działamy już tyle lat, a nowa płyta nie ma nic wspólnego z jubileuszem – po prostu nadszedł czas na jej wydanie. Wielu sądziło, że Yello zawiesiło działalność, bo ostatnią płytę nagraliśmy sześć lat temu, ale to nieprawda. To kwestia metody pracy Borisa – on dosłownie żyje w studiu i bawi się dźwiękami jak dziecko w piaskownicy. Szybko się nudzi i czasem skończenie płyty ciągnie się w nieskończoność. To tak jak kiedyś powiedział Kieślowski: „Film nigdy nie jest skończony. On jest tylko w pewnym momencie odebrany reżyserowi”.

Pytałem również o jubileusz, bo śledząc historię pańskich działań artystycznych – happeningów, filmów i płyt, trudno nie odnieść wrażenia, że ma pan obsesję na punkcie czasu. Skąd ona się wzięła?
Nieustannie czuję się jakbym był tylko gościem na tej planecie. Dla mnie wszystko jest kwestią przypadku i chwili. Ciekawi mnie te kilka tysięcy dni, które człowiek spędza na Ziemi, a im dłużej żyję, tym pewniejszy jestem, że nasza egzystencja jest absolutnie pozbawiona sensu. Stąd właśnie w moich happeningach tyle nonsensownych działań w rodzaju liczenia mijającego czasu albo chodzenia po mieście i zapisywania czasu swojej obecności w konkretnych miejscach.

Rozumiem zatem, że jest pan fanem Romana Opałki?
Znam jego prace, ale nawet dla mnie to już przesada. On poświęcił zapisywaniu liczb swoje całe życie, a dla mnie to za bardzo usystematyzowane działanie – wolę spontaniczne projekty, zabawę, choć jego sztuka ma sporo wspólnego z moimi wczesnymi happeningami. Oboje nie zgadzamy się na bycie „użytym jako człowiek” – staramy się pokazać, że wszystko co robimy nie ma tak naprawdę znaczenia – liczenie kawałków metalu na ulicy tak naprawdę nie różni się niczym od pracy w fabryce czy w banku. Bycie bezużytecznym to przejaw naszego człowieczeństwa i wolności. W tym sensie go rozumiem.


Duet Yello uważany jest za pionierów muzyki dance i techno. Ciekawi mnie czy was w ogóle interesuje współczesna muzyka elektroniczna – np. w wytwórni Warp, która obchodzi swoje 20-lecie?
Mam czwórkę dzieci i one często podsuwają mi sporo nowości, choć muszę przyznać, że większość tej muzyki mnie nie powala. Słuchając współczesnej muzyki elektronicznej mam wrażenie, że to nie ludzie używają technologii, lecz technologia używa ludzi. Efektem są podobnie brzmiące płyty. Poza tym zawsze jest tak, że przełom trwa krótko, a później nastaje wiele lat panowania epigonów. W każdej dziedzinie sztuki sprawy toczą się trochę rytmem grzybów – jak jest dobry klimat wyrastają szybko, a potem nie ma ich przez lata. Na razie czekam na kolejny wysyp grzybów – taki jaki miał miejsce w jazzie w latach 50.

Wydaje się pan najodpowiedniejszą osobą, która mógłbym zapytać o przyszłość muzyki elektronicznej, bo oprócz działalności w Yello, jest pan szefem firmy produkującej futurystyczny sprzęt studyjny. Więc może pan mi powie, w którym kierunku podążają syntetyczne brzmienia?
Sądzę, że muzykę elektroniczną może uratować tylko powrót do korzeni – do pisania dobrych melodii i piosenek. Bo sprzęt dziś częściej stanowi przeszkodę niż pomoc w tworzeniu – tym bardziej, że często artysta jest równocześnie inżynierem dźwięku. Dlatego projektując studyjne konsole staramy się w firmie o to, żeby sprzęt był dla artysty „niewidzialny”. Melodia i piosenka to podstawa – to się nigdy nie zmieni!

Kiedy przygotowywałem się do tego wywiadu, trafiłem na klip pokazujący pana i Borisa w jego studiu. Uderzyła mnie mnogość sprzętu w studiu Borisa, co jest zrozumiałe, ale bardziej zaciekawiła mnie archaiczna maszyna do pisania, z której pan korzysta...
Cóż, to przyzwyczajenie ma korzenie w mojej młodości – nie wiedziałem wtedy kim chcę być i próbowałem sił jako pisarz. Strasznie lubiłem to mechaniczne uczucie przelewania myśli na papier – maszyna do pisania nadaje temu większą wagę. Uderzenie metalowej czcionki w papier ma fizyczny wymiar, pozwala czuć ciężar słowa. Dlatego nigdy nie użyję komputera do pisania – jest zbyt niepoważny (śmiech). Lubię też sam dźwięk maszyny.


A zdażyło wam się kiedyś użyć tego dźwięku w nagraniach Yello? Bo widziałem, że ma pan maszynę do pisania w kabinie nagrywania wokali.
Tak – parę razy nagraliśmy ten dźwięk, ale zawsze później umieszczany był gdzieś w tle piosenek, także nie jest to oczywisty dźwięk maszyny – bardziej dyskretny ornament. Nie pamiętam nawet w jakich utworach wykorzystaliśmy ten pomysł – z Borisem często improwizujemy, więc takie detale umykają pamięci.

Yello to fenomen – jeden z najbardziej rozpoznawalnych europejskich zespołów pochodzi ze Szwajcarii, która nie jest muzyczną potęgą.
W Szwajcarii mamy sporo dobrych muzyków, wirtuozów, potrafiących grać partie Jimiego Hendriksa, stojąc na głowie (śmiech), ale to nie jest ciekawe. Zresztą cała Europa jest skazana niejako na dyktat Ameryki – to stamtąd pochodzi przecież blues – podstawa całej muzyki rozrywkowej. Jednak siłą Yello było dyletanctwo. My nie byliśmy muzykami zakładając ten zespół. Nie potrafiąc grać na żadnych instrumentach, musieliśmy wymyślić swoje własne uniwersum i wypracować swoje metody tworzenia muzyki, takie jak zapętlanie taśmy, czy sampling. Nasza oryginalność to kwestia przypadku – czyli wracamy do mojej małej obsesji (śmiech).

Nie jest tajemnicą, że jest pan bardzo zamożnym człowiekiem, pochodzącym z rodziny milionerów. Czy to miało kiedykolwiek wpływ na potrzeganie przez innych pańskich działań artystycznych?
Tak – szczególnie na początku działalności Yello, wielu postrzegało mnie jako „milionera ekscentryka”, który z nudów snobuje się na artystę. Krytycy kręcili nosem na duet dyletantów, którzy w dodatku odnoszą sukcesy na całym świecie – to ich strasznie irytowało (śmiech). Nawet dziś prasa szwajcarska za nami nie przepada. A co do mojej sytuacji finansowej – nigdy nie ukrywałem swojego pochodzenia, i nawet pomimo lewicowych poglądów w młodości nie odgrywałem roli „artysty z ludu”. Byłem szczery, także osobiście nigdy nie przeszkadzało mi to w artystycznych poszukiwaniach –raczej dopingowało.