Yello postuluje o więcej nonsensu
Popelektroniczny szwajcarski duet wraca po sześciu latach nieobecności albumem "Touch Yello". Jego wokalista, Dieter Meier, tłumaczy nam, co stoi za jego obsesją czasu i próbuje zdiagnozować przyszłość muzyki elektronicznej.
- Dyskografia Kraftwerk zremasterowana
- Kasabian nagrał najlepszą płytę 2009 roku
- Kultowa wytwórnia Warp świętuje 20-lecie
- Oni rozgrzeją Polaków przed Depeche Mode
- Matura bez bólu >>
Pogoda
POLSKA
Środa 2012-05-16

temp. min 3°C max. 18°C
opady:
umiarkowane opady
Twoje miasto:
Program TV
Sprawdź program swojej ulubionej stacji:
Za kilka miesięcy mija 30 lat od debiutu Yello, „Solid Pleasure”. Zamierzacie jakoś fetować ten jubileusz z Borisem Blankiem?
Dieter Meier: W naszym wieku nie obchodzimy takich rocznic (śmiech). Nie zdawaliśmy sobie sprawy, że działamy już tyle lat, a nowa płyta nie ma nic wspólnego z jubileuszem –
po prostu nadszedł czas na jej wydanie. Wielu sądziło, że Yello zawiesiło działalność, bo ostatnią płytę nagraliśmy sześć lat temu, ale to nieprawda. To kwestia metody pracy Borisa
– on dosłownie żyje w studiu i bawi się dźwiękami jak dziecko w piaskownicy. Szybko się nudzi i czasem skończenie płyty ciągnie się w nieskończoność. To tak jak kiedyś
powiedział Kieślowski: „Film nigdy nie jest skończony. On jest tylko w pewnym momencie odebrany reżyserowi”.
Pytałem również o jubileusz, bo śledząc historię pańskich działań artystycznych – happeningów, filmów i płyt, trudno nie odnieść wrażenia, że ma pan obsesję na
punkcie czasu. Skąd ona się wzięła?
Nieustannie czuję się jakbym był tylko gościem na tej planecie. Dla mnie wszystko jest kwestią przypadku i chwili. Ciekawi mnie te kilka tysięcy dni, które człowiek spędza na Ziemi, a im
dłużej żyję, tym pewniejszy jestem, że nasza egzystencja jest absolutnie pozbawiona sensu. Stąd właśnie w moich happeningach tyle nonsensownych działań w rodzaju liczenia mijającego czasu
albo chodzenia po mieście i zapisywania czasu swojej obecności w konkretnych miejscach.
Rozumiem zatem, że jest pan fanem Romana Opałki?
Znam jego prace, ale nawet dla mnie to już przesada. On poświęcił zapisywaniu liczb swoje całe życie, a dla mnie to za bardzo usystematyzowane działanie – wolę spontaniczne
projekty, zabawę, choć jego sztuka ma sporo wspólnego z moimi wczesnymi happeningami. Oboje nie zgadzamy się na bycie „użytym jako człowiek” – staramy się
pokazać, że wszystko co robimy nie ma tak naprawdę znaczenia – liczenie kawałków metalu na ulicy tak naprawdę nie różni się niczym od pracy w fabryce czy w banku. Bycie
bezużytecznym to przejaw naszego człowieczeństwa i wolności. W tym sensie go rozumiem.












































Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.
Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!