Jak wygląda nagrywanie płyty, kiedy jest się niemal zupełnie głuchym?
Karol „Pjus” Nowakowski: Przede wszystkim prosiłem współpracujących ze mną producentów o muzykę, którą dobrze słyszę, bo choć dziś, po licznych operacjach i trwającej wciąż rehabilitacji, z moim słuchem jest lepiej niż kilka miesięcy temu, to jednak nigdy nie będę słyszał, tak jak przed chorobą. Tak naprawdę bez implantów jestem stuprocentowo głuchy. Ja po prostu nie słyszę niuansów w muzyce - dlatego bit musi być wyraźny, żebym dobrze go poczuł. Poza tym praca w studiu wygląda trochę inaczej niż zazwyczaj. Zawsze śmieję się, że uszy służą mi wyłącznie jako podpórki do okularów, bo mikrofony procesorów aparatów słuchowych są umiejscowione powyżej, więc i słuchawki muszę zakładać inaczej. Poza tym lubię też słuchać muzyki, którą dobrze znam, bo ludzki mózg ma taką dziwną właściwość, że jak coś dobrze zna, to później potrzebuje zaledwie skrawka materiału, żeby „dopowiedzieć” sobie resztę. Tak jest ze słuchem i ze wzrokiem zresztą też.

Twoja płyta jest bardzo spójna, mimo że pracowało nad nią wielu producentów.
To właśnie zasługa tego, że oni od początku wiedzieli, o co mi chodzi. Znali temat kawałka i emocje, jakie chcę przekazać. Dlatego „Life After Deaf” nie brzmi jak mixtape czy składanka, ale jak spójna płyta.


W jednym w ze swoich utworów rapujesz, że czytasz rap. Czytanie polskiego hip-hopu to chyba niezbyt miłe doświadczenie? Tym bardziej że na twoim solowym debiucie słychać dużą dbałość o słowo.
Ludzie nie zagłębiają się dziś w teksty - jesteśmy już znieczuleni zalewem kiepskich słów i banałów. Ja jestem zmuszony czytać teksty, bo kiepsko je słyszę – zanikają mi one w połączeniu z muzyką, więc lubię mieć tekst przed oczami, żebym go sobie dopowiedział w myślach. Nie szukam filozofii w tekstach, ale słowa muszą potrafić obronić się same - jeśli mają sens, to reszta jest już przeważnie dodatkiem wspierającym ich znaczenie. Dla mnie ważne jest, że moich tekstów nie muszę tłumaczyć - one są czytelne dla każdego. Nie rymuję dla rymowania. Zawsze przed nagraniem numeru wiem, co chcę powiedzieć.

To ewenement na naszej scenie hiphopowej, ale jeszcze więcej odróżnia cię od polskich raperów - wydaje się, że masz konserwatywne poglądy: promujesz patriotyzm, masz jasno określone poglądy, i to raczej prawicowe. Dawno już nie słyszałem hasła: „Czerwone skur...”. Raperom chyba z reguły bliżej do liberalnych ideałów?
Dla mnie mówienie o polityce to normalna rzecz. Znajomi wiedzą o tym i nawet nazywają mnie fanatykiem z racji mojego zaangażowania w politykę. To pewnie kwestia wychowania - mój ojciec był internowany i w moim domu żyło się polityką. Drażnią mnie współczesne tendencje do relatywizowania wszystkiego. Nie rozumiem tego zacierania granic pomiędzy bohaterami i zdrajcami. Śmieszą mnie np. ostatnie próby bronienia Jaruzelskiego, robienie z niego bohatera grającego na nosie Moskwie i wybielanie jego działań. Coraz mniej prawdy dociera do ludzi, więc ja chcę mówić to, o czym chcą zapomnieć media i niektórzy politycy. Dlatego mówię „czerwone skur...”, nawet jeśli przebarwiły się i chowają się za gładkimi frazesami, ale dalej szkodzą temu krajowi i nie zostali rozliczeni za cierpienie, jakie fundowali ludziom w czasach komunizmu.


Ale masz kolegów o lewicowych poglądach?
Większość moich kolegów zajmujących się hip-hopem ma bardziej lewicowe poglądy, choćby Eldoka, rapujący gościnnie na mojej płycie. Po raz pierwszy spotkałem się z nim, kiedy mijaliśmy się w konkurencyjnych pochodach - on szedł z PPS-owcami w pochodzie pierwszomajowym, a ja maszerowałem z Ligią Republikańską. Zauważyłem jednak, że im ludzie bardziej dojrzewają, tym częściej dostrzegają wątłość łatwych i atrakcyjnych poglądów liberalnych.

Rapujesz, że jesteś ideologicznym dinozaurem i wyznajesz oldskulowe zasady. Oldskulowe, czyli jakie?

No choćby mówienie prawdy czy honorowe zachowanie, rozumiane jako branie odpowiedzialności za swoje czyny. Nie wspominając o patriotyzmie, który u nas wciąż jest obciachem. Wielu ludzi, mówiąc że są patriotami, czuje się, jakby przyznawało się do słuchania disco polo. A to przecież powód do dumy. Nie dajmy się wykastrować popcornowej rzeczywistości.


Od reszty hiphopowców odróżnia cię również to, że nie przepadasz za Tonym Montaną – bohaterem filmu „Człowiek z blizną” ...
Ja też jestem fanem kreacji Ala Pacino, ale w pewnym momencie zdałem sobie sprawę z jednowymiarowości tej postaci. Hiphopowa ikonografia bywa bardzo płytka – przemoc, kasa i tony koksu – i jest fajnie. A życie wcale nie jest takie czarno-białe i proste. Dla mnie postać Montany to przestroga przed chciwością i uleganiem płytkim popkulturowym mitom, takim choćby jak kult siły. Montana jest symbolem upadku, a ja rapuję o powstaniu z kolan.