„Lovefinder”, twoja nowa płyta, która trafi do sklepów 25 stycznia, różni się zdecydowanie od twojego debiutu sprzed 3 lat. Senne brzmienia zamieniłaś na taneczny bit i syntezatory. Co cię tak odmieniło?
Katarzyna „Novika” Nowicka: Jestem spontaniczna. Przed nagraniem płyty nigdy nie zastanawiam się, jaki jest trend, co jest modne, do kogo chcę ją skierować. W moim przypadku zadziałało samo życie. Nie sądziłam, że przydarzy mi się coś, o czym czasem się czyta w popularnych pismach: znana wokalistka rodzi dziecko i następuje szokująca zmiana. Wiele wokalistek o tym mówi, chociażby Agnieszka Chylińska. Ze mną też coś się stało. Urodziłam córkę, zaczęłam myśleć o nowej płycie i zachciałam czegoś zupełnie innego. „Tricks of Life” nadal mi się podoba, ale od momentu, gdy rozpoczęłam przygotowania do kolejnego albumu, wiedziałam, że nie będzie to krążek w stylu debiutanckiego. Zamiast czarnej okładki biała, zamiast zwiewnych melodii coś z pazurem. Wiele nowości, zaproponowanych mi przez producentów, pokrywało się z moimi wyborami. Trafiłam na ludzi, którzy poruszają się w mojej stylistyce. Mogę się tylko z tego cieszyć, bo zawsze chciałam nagrać płytę, która nie będzie odstawała od tego, czego sama słucham.

p


Rzeczywiście, słychać tam echa fascynacji Róisín Murphy, Tracey Thorn… Idziesz tropem najlepszych?
Czy ja wiem... Mam świadomość, że takie zarzuty mogą się pojawić, bo to już jest silniejsze od nas, że musimy sobie wszystko z czymś porównać. Jako radiowiec słucham muzyki bardzo aktualnej i na pewno nią nasiąkam, ale nie ma tu mowy o kopiowaniu. Naprawdę dziś robi się płyty z potrzeby i dla własnej satysfakcji. Gdybym coś zerżnęła, straciłoby to sens.

Zawsze śpiewałaś w sposób chłodny, stonowany. Na tej płycie jest jednak kilka miejsc, w których brzmisz prawie jazzowo. Nie kusiło cię, żeby jeszcze mocniej poeksperymentować z głosem?
Jeszcze nie, choć moja nauczycielka śpiewu cały czas mnie do tego namawia. Chyba nie dojrzałam do takich fundamentalnych zmian. Ja i tak sporo zmieniłam w moim śpiewie. Producenci mi zawsze powtarzali, że powinnam śpiewać lirycznie, wręcz półszeptem. Miała na to wpływ współpraca ze Smolikiem, bo wtedy tak brzmiał mój głos, pasował też do muzyki. Teraz już nie chcę go na siłę wyciszać, staram się być naturalna. Wiele zmieniły występy w klubach, do których bardzo szybko wróciłam po urodzeniu córeczki. Gdy byłam w ciąży, było mi bardzo ciężko występować z didżejami. Potem do śpiewania na koncertach przystąpiłam ze zdwojoną energią i zauważyłam, że mój głos troszkę odtajał.


Jak publiczność reaguje na utwory z nowej płyty?
Wreszcie nagrałam płytę, która sprawdzi się również w klubach. Już teraz, gdy w występy z kolektywem Beats Friendly wplatamy piosenkę „Lovefinder", znaną już internautom z szalonego teledysku, to słyszę okrzyki na parkiecie i nie mogę już doczekać się koncertów z zespołem.

Jak powstawał ten album?
W specyficznych warunkach, prędko, spontanicznie. Mam małe dziecko, małe mieszkanko i trudno było o czas do namysłu nad fundamentalnymi zmianami. Planowałam album na 2010 rok, więc trzeba było przyspieszyć. Nie mam własnego studia ani nawet dużego pokoju, w którym mogłabym odsłuchać dokładnie nagrań własnego głosu, rozłożyć sobie go na klawiszach, eksperymentować. Wiele rzeczy na tę płytę napisałam w drodze, w samochodzie. Teksty powstawały często w pociągu, także w mieście. Pisałam najczęściej poza domem.

Śpiewasz prawie wyłącznie po angielsku. Tymczasem naszej muzyce brak porządnych polskich tekstów. Może następna płyta będzie po polsku?
Może… Od początku słyszę krytyczne uwagi, że nie śpiewam po polsku. Dlaczego nie próbuję, pytają, bo może jestem tchórzem albo nie potrafię. W związku z tym na nową płytę przygotowałam i nagrałam utwór „Strangers” po polsku. Ale nie przeszedł testu przyjaciół, którzy uważali, że po prostu nie pasuje mi to. Miałam moment załamania strategii w chwili, gdy posłuchałam najnowszej płyty Hey – moim zdaniem, najlepszego tegorocznego albumu polskiego – i zobaczyłam, jak można fantastycznie śpiewać po polsku nowoczesną muzykę. Następna płyta będzie polska – postanowiłam. Ale to nie takie proste. Po prostu lubię pisać angielskie teksty i trudno mi z tego zrezygnować. Nie chcę zacząć śpiewać po polsku tylko dlatego, że ktoś tego ode mnie wymaga. Z drugiej strony, gdybym miała zaśpiewać teksty napisane przez kogoś innego, nie wiem, czy czułabym się z tym dobrze. Chyba nie.


O czym są twoje teksty?
W porównaniu z poprzednią płytą są bardziej zakorzenione w świecie, który zmienia się zbyt szybko, na naszych oczach. Chciałam się odnieść do otaczającej rzeczywistości. Żyjemy w pędzie gwałtownych zmian, zaskakujących nas samych, w dziwnym kosmosie relacji międzyludzkich i przypadków, że aż miałam potrzebę skomentowania tego. Teksty na „Tricks of Life” pełne były metafor sięgających głęboko do wnętrza. „Lovefinder” to taka migawka z rzeczywistości, ma tylko przywołać pewne obrazy i skojarzenia. Nie chodziło mi o przekazanie konkretnych treści, raczej o oddanie pewnego klimatu. Jest tam sporo zabawy słowem, są zwykłe, ludzkie sprawy: w jednej z piosenek opowiadam, jak wzbiera we mnie chęć odreagowania na klubowym parkiecie w otoczeniu przyjaciół. Rezygnuję z pisania o osobistych emocjach, związanych z miłością, teraz jestem bardziej obserwatorem, który opowiada i przeżywa.

Widać, że w tym roku polska alternatywa ruszyła z kopyta, problem jest wciąż z muzyką popularną. Jak oceniasz polski pop? I czy podjęłabyś współpracę z kimś z tego nurtu?
Ten nurt czeka chyba najpierw zmiana warty. Problem polega na tym, że nie nastąpiła jeszcze pokoleniowa wymiana – dotyczy to w równym stopniu polskich artystów, co producentów, którzy właściwie produkują głównie mainstreamowe płyty. Na to jest popyt, więc oni mają monopol. Dopóki nie zmienią się ludzie robiący muzykę, od strony wytwórni i studia niewiele się zmieni. Wydaje mi się, że brakuje przede wszystkim dobrych melodii. Pop robiony jest na modłę estradową, nawet młodsi muzycy są przekonywani, że nie warto szukać czegoś innego, bo bycie artystą popowym oznacza, że w pewnym momencie i tak wylądujesz na Eurowizji.

Artysta, który chce tworzyć ambitniejszą muzykę w nurcie popularnym, nie ma szansy zaistnieć?
O muzyce pop w Polsce krąży takie powiedzenie, że to musi być „coś do radia”. A im bardziej muzycy się starają zrobić coś do radia, tym gorszy chłam z tego wychodzi. Najfajniejsze rzeczy to pop, zrobiony i odkryty trochę przypadkiem, jak Biff. Tworzenie boysbandu na zamówienie czy lansowanie na gwiazdę wokalistki, która dopiero opuściła „Mam talent” – to dla mnie zwyczaje z lamusa. Trzeba robić gwiazdy z istniejących już zespołów i artystów, którzy znają się na rzeczy.


Gaba Kulka, Marysia Peszek, Kasia Nosowska, Anita Lipnicka, Agnieszka Chylińska, Julia Marcell, ty – polska muzyka mówi głosem kobiet. Matkujecie w kryzysie rodzimej scenie, ratujecie ją z opresji?
Aż tak chyba nie. To tak, jakby się dziwić, że w sektorze didżejskim przeważają mężczyźni.

Ale to nie mężczyźni nagrywali w tym roku tak dobre płyty, tylko kobiety. Zabrakło nam trochę testosteronu w muzyce.
W tym wypadku można chyba mówić o odpowiedzi na pozbawiony uczuć świat. W momencie, gdy mamy przesyt informacji i nadmiar dźwięków, gdy musimy wybierać z tego chaosu, który nas otacza, i gdy wszystko wokół kipi aż od agresji (i muzyka, i dyskusje w sieci), płyty śpiewających kobiet ze swoją emocjonalnością, delikatnością, wrażliwością, do tego pięknie śpiewających, tworzą kontrast z bylejakością polskiej muzyki. Jeśli dołożyć do tego wielki talent, to taki album na pewno nie przejdzie niezauważony. Dziewczyny coraz częściej same piszą teksty, mają wpływ na muzykę i na swój wizerunek. To procentuje.

Nasza muzyka taneczna jest fajna czy raczej obciachowa?
Gdy zaczynałam 10 lat temu, inne były moje oczekiwania wobec muzyki klubowej. W momencie gdy rodził się polski clubbing – nazwany tak dopiero później przez media – ta muzyka była czymś bardzo nowym. W zeszłym dziesięcioleciu jeszcze nie można jej było dostać na płytach, modne w Europie kawałki słyszało się tylko w klubach. Do klubów chodziło się na występy konkretnych didżejów. Zachodnie gwiazdy opuszczały Polskę w szoku – tak gorąco były przyjmowane. Sama muzyka wówczas znaczyła dużo więcej niż dziś, tym się żyło.

Rozwinęliśmy się jednak trochę od tego czasu.
Jasne, że tak, brzmienia klubowe wykształcały się u nas tak samo jak w innych krajach. W końcu muzycy podróżują, kupują dobre płyty, słuchamy ich w radiu, chodzimy do klubów. Ale z racji tego, że u nas w ogóle wiele rzeczy dzieje się inaczej i wolniej, to przy okazji rozwoju kultury klubowej nie nastąpił jej rozwój na rynku muzycznym. Nie się wydaje singli, winyli klubowych, także zbyt wielu płyt, a na palcach jednej ręki można policzyć artystów tego nurtu, którzy konsekwentnie wydają albumy. Jest kilku, którzy wydają za granicą, i to z sukcesami, ale to już osobny temat. Liczyłam na to, że wszystko będzie się kręciło wokół muzyki, a skończyło się na modzie, ciuchach i ogólnie na propagowaniu „klubowego” stylu życia. Dziś brakuje nam muzyki klubowej na poziomie, która jednocześnie nie byłaby ignorowana przez wytwórnie i stacje radiowe.


Ale te dźwięki w zasadzie żyją w klubowych przestrzeniach…
Tak, ale jednak już teraz wyszły z klubów i nie mają dokąd pójść. Na początku było trochę inaczej. Każde wyjście do Piekarni było wydarzeniem, przeżyciem – byłam tam dla muzyki, dla atmosfery, w której ona miała szansę się rodzić. Dziś, gdy słyszę, co jest modne w muzyce, zaczynam rozumieć, jak powierzchowny jest jej odbiór. Jest szał na lata 80. i syntezatory łączone z rockową energią. Ludzie łykają to wszystko, bez względu na to, skąd to pochodzi, kto to robi, jak jest zrobiona piosenka, czy te elementy do siebie pasują itd. Ważne, że to jest w modzie, i to trzeba grać. Ja nie jestem z tej sceny, więc trudno mi ją charakteryzować dokładnie. Po prostu obserwuję ją z zewnątrz, podsłuchuję, co grają didżeje, czasem się krzywię, a czasem daję się porwać.

Niektórzy polscy artyści pop próbują się przerzucić na muzykę taneczną, korzystając z koniunktury na lata 80., co jest różnie komentowane. Jak powinna dziś brzmieć dobra piosenka do tańca?
Musi składać się z elementów, które razem powinny zadziałać, albo, jak to się mówi z wytwórniach, „zażreć”. Dla mnie ważny jest dobry bit, groove, jakiś dobry puls wyczuwalny od pierwszych sekund utworu. Bit musi mieć to „coś”. Oczywiście są setki wzorów i można z nich inteligentnie korzystać. Ale ważne jest też, kto robi takie podkłady. Bo jeśli za modną muzykę taneczną bierze się muzyk albo producent, który do tej pory zajmował się pop-rockiem, to rezultaty są zazwyczaj opłakane. To powinien być ktoś, kto ją czuje. Taki ktoś niekoniecznie chodzi do klubów, wystarczy, jeśli jej słucha czujnie, nasiąka wciąż nowymi brzmieniami. Drugim elementem dobrej muzyki, nie tylko do tańca, jest melodia, dla mnie bardzo istotna. Nie zawsze musi być to melodia prosto zaśpiewana, czasem jest ciekawie podana, a czasem kluczem jest sam tekst tudzież rap. Weźmy przebój Underworld „Born Slippy”, pamiętany z filmu „Trainspotting”: tam na pozór kompletnie nic się nie dzieje, goście melorecytują kultowe frazy o podziemnym życiu clubberów. A jednak to działa i ich muzyka ma niesamowity nerw.


Oceniono, że twój debiut, „Tricks of Life” był jednym z nielicznych polskich albumów dorównujących zachodnim pod względem produkcji. Na „Lovefinder” występujesz jako autorka, kompozytorka i współproducent. Dlaczego chcesz doglądać wszystkiego?
Większość artystów oddaje albumy pod opiekę doświadczonych producentów, i ja takich mam. Ale bardzo zależy mi na jakości moich płyt, chcę być aktywna na każdym etapie. Zdarza się, że wymuszam poprawki. Kiedy odbierałam nową płytę z masteringu, musiałam wysilić uszy, żeby wyłapać detale i podjąć decyzję co do ostatecznych wersji utworów. W kwestii brzmienia do nowego krążka mam inne podejście niż do debiutu, bo to inna muzyka. Na „Tricks of Life” królowała delikatność, bogactwo dźwięków, również żywych instrumentów, przestrzeń. Dopieszczałam ten album godzinami, potrzebowałam doskonałego brzmienia do przekazania emocji. „Lovefinder” to album bazujący na brzmieniu nieco brudnym, przejaskrawionym, rytmiczny i – mam nadzieję – nowoczesny. W tym wypadku nie potrzebowałam aż tak idealnego brzmienia, jednak nadal trudno mi było zrezygnować z czuwania nad procesem powstawania albumu.

Uważasz, że zajmując się produkcją, artysta przejmuje całość odpowiedzialności za płytę?
To jest fajna odpowiedzialność, w studiu jestem jednak tylko producentem wykonawczym, nie potrafię jeszcze tworzyć muzyki na komputerze na przyzwoitym poziomie. Uważam zresztą, że napisanie kilkunastu piosenek na płytę jest wystarczająco dużym wyzwaniem, więc asystowanie przy miksowaniu materiału jest dla mnie przede wszystkim ciekawą nauką. Wciąż najbardziej inspirujące jest dla mnie pisanie melodii i tworzenie tekstów. Ale ogólnie muszę mieć oko na brzmienie płyty, więc doglądam wszystkiego troskliwie. Moja metoda to powolne i drobiazgowe dochodzenie do rezultatów. Może wzięło się to stąd, że sama kiedyś pracowałam w biurze i nabrałam zwyczaju systematycznego układania papierków, planowania, dostałam logistycznego zacięcia. Ja po prostu lubię pracować w ten sposób, przechodząc od etapu do etapu, aż zobaczę całość. Nie potrafiłabym pójść do głośnego teamu producenckiego albo kompozytora i powiedzieć: „Zróbcie mi fajny album”. Poza tym to jest cholernie ciekawe – zobaczyć jak to wszystko funkcjonuje od podszewki.