Spora w tym zasługa Becka Hansena. Wybitny muzyk nie tylko w całości wyprodukował trzecią płytę Charlotte, ale także napisał i zaaranżował wszystkie piosenki na "IRM".

Francuska gwiazda dopisała do muzyki swoją historię wychodzenia z choroby. Zapisywała traumatyczne chwile, by z notatek uczynić teksty piosenek.



Muzyka pcha do góry

Nie są one jednak tu tak ważne jak muzyka Becka, która pcha Charlotte w górę. Także ponad jej poprzednią płytę "5:55", która chociaż również powstała w towarzystwie akolitów jej ojca Serge’a Gainsbourga (Air, Jarvis Cocker, Nick Hannon), była tylko pocztówką dźwiękową.

Momentami nawiązująca do nowofalowych brzmień, czasem do wyszukanego art-popu, rozbita między intymny szept Charlotte a minimalistyczne, laboratoryjne dudnienie bębnów, awangardowe motywy smyczkowe i elektroniczne trzaski a la Radiohead płyta ta nie jest wybitnym osiągnięciem amerykańskiego artysty. Nie jest to w ogóle wybitny krążek, mimo sporego wkładu intrygujących melodii, szczypty rockowej psychodelii i ciekawych nawiązań do alternatywy. Ale też w "IRM" nie chodzi o deklasowanie wcześniejszych albumów Becka, choć to on wysilił tu mięśnie, by skroić płytę, która filmowym klimatem rodzi odległe skojarzenia z archaiczną francuską piosenką.

p


Charlotte nagrała płytę niejako w hołdzie rodzicom, brytyjskiej aktorce i piosenkarce Jane Birkin oraz francuskiemu piosenkarzowi i skandaliście Serge’owi Gainsbourgowi. Szczególny jest patronat jej ojca – to m.in. dzięki niemu i dzięki Juliette Greco naiwna piosenka francuska w latach 70. wyszła poza margines uroczych ścieżek filmowych. Nad "IRM" też unosi się duch francuskiej chanson. Jednak album ten nie przypomina wstydliwych dokonań aktorek pragnących uatrakcyjnić swoje filmowe portfolio. Dzięki oszczędnym aranżacjom i quasi-eksperymentalnym podkładom Becka Charlotte brzmi znacznie lepiej.



Lepiej niż Johansson

Juliette Lewis i jej nowy zespół The New Romantiques, Emmanuelle Seigner, która wydaje właśnie solową płytę, Scarlett Johansson czy Carla Bruni – wszystkie chciałyby udowodnić, że talent nie znosi żadnych ograniczeń. Niestety, nie udaje im się nas przekonać, że śpiewanie przychodzi im z taką łatwością jak przywdziewanie ciuchów.

Charlotte poszła drogą, którą wcześniej wyznaczyli jej rodzice. Łudzące podobieństwo do legendarnej Birkin słychać już w rozpoczynającym "IRM" utworze "Master’s Hands", gdzie w połowie miękkie wejście skrzypiec rozbija zmysłową recytację, połączoną z monotonią industrialnych bębnów. Gdzie indziej nie udaje jej się utrzymać poetyckiego napięcia, ale wspaniała końcówka płyty (dwujęzyczny "Voyage") pokazuje, że sercem duetu Gainsbourg – Beck są nietypowe zestawienia brzmieniowe. Taki miks kultury francuskiej i anglosaskiej po raz pierwszy od czasu "Je t’aime... moi non plus" może być frapujący zarówno dla Francuzów, jak i Amerykanów.