Ten album zaskoczy wielbicieli Costello. Jest dowodem bankructwa wszystkich jego dotychczasowych koncepcji artystycznych. Tym razem Elvis nie odkrywa niczego nowego. Wrócił do country, punk rocka i swingu, czyli do muzyki, w jakiej czuje się najlepiej. I do muzyków, z którymi najlepiej współpracowało mu się przez ponad 30 lat grania.
Ożyły stare duchy jego stylu, kiedy w studiu w Nashville do Costello dołączyli: T-Bone Burnett, z którym wyprodukował wcześniej trzy płyty, gitarzyści Vince Gill, Marc Ribot i Buddy Miller, pianista Leon Russell i muzycy od lat akompaniujących Elvisowi zespołów: The Attractions, The Imposters i The Sugarcanes.

W ciągu ostatnich 35 lat uprawiał większość gatunków muzyki rozrywkowej. Nie zawsze była ona łatwa, bo na pierwszym miejscu list przebojów był tylko raz, 21 lat temu – dzięki utworowi "Veronica". Brak chwytliwych szlagierów nadrabiał muzyczną różnorodnością. Grywał punk rocka i muzykę baletową, country i soul, nową falę i rockabilly, orkiestrowy swing i folk, bluesa i bluegrass, gospel i pieśni chóralne. Z równym zaangażowaniem – choć z różnymi skutkami – śpiewał jazz, reggae, tradycyjną muzykę żydowską i poważną. W ciągu ostatnich trzech i pół dekady nagrał 26 różnych płyt, pokazując się z aż 26 różnych stron. Złośliwi twierdzą, że zmieniał swoje muzyczne zainteresowania częściej niż bieliznę.


Snucie się po muzycznych manowcach podniósł do rangi sztuki, z biegiem lat wykorzystywał kolejne sposoby na zaskakiwanie słuchaczy. Nie dość, że skazywało go to na nieustanną walkę o publiczność, to jeszcze poddawało jego fanów kolejnym, często niełatwym próbom (zwłaszcza płyty z The Brodsky Quartet).

Tym razem zamiast zafundować słuchaczom kolejną podróż w muzyczne nieznane, po raz pierwszy zdecydował się na wycieczkę ścieżkami, które już zna i lubi.

Przy pierwszym słuchaniu cały album brzmi, jakby nagrał go nie jeden, ale tuzin różnych wykonawców. Wprawdzie w 16 utworach wokaliście towarzyszą różne składy akompaniatorów, jednak autor jest tylko jeden. Nic na tej płycie nie jest dziełem przypadku. "National Ransom" to koncept album, w dodatku – jak przystało na jednego z największych intelektualistów rocka – wymyślony w najdrobniejszych szczegółach.

20 piosenek z kompletnie różnych muzycznych bajek – 16 z płyty oraz cztery inne, które ukazały się tylko w internecie – połączyło coś więcej niż ujmujący tembr głosu Costello. Najsilniejszym elementem wspólnym jest temat przewodni – kryzys i bankructwo.

– W sensie ekonomicznym, ideowym i moralnym dotyczy to wszystkich – opowiada Costello. – Głosując w wyborach na nieodpowiedzialnych ludzi, jesteśmy współwinni klęsk.


Po raz pierwszy wpadł na pomysł zbawiania świata w 1979 roku, tuż po przyjęciu, podczas którego – już mocno pijany – zwrócił się do Raya Charlesa: "Ślepy, arogancki czarnuchu". Od tamtej pory – próbując zabić poczucie winy oraz zmienić swój publiczny wizerunek – regularnie angażuje się w akcje społeczne, charytatywne koncerty (Live Aid), nagrywa płyty na rzecz powodzian z Nowego Orleanu ("The River in Reverse") albo w ramach protestu przeciwko sytuacji na Bliskim Wschodzie odwołuje swoje koncerty w Izraelu.

Na "National Ransom" nie opisał żadnej konkretnej bessy ani nie snuł wizji krachu systemu korporacji. Bankructwo jest dla niego metaforą wszelkiego nieszczęścia, pretekstem do opowiedzenia o indywidualnych tragediach, smutnych rodzinach, niewiernych kochankach. Uniwersalny charakter piosenek podkreślają przypisy, precyzyjnie określające czas i miejsce akcji (np "A Drawing Room in Pimlico, London, 1919"). Aura klęski jest wyczuwalna także w muzyce. Jej fundament stanowią bowiem gatunki popularne w czasach Wielkiego Kryzysu: jazzowa pieśń ("You Hung the Moon"), swing ("A Voice in the Dark"), folk ("Bullets for the New-Born..."), country ("That’s Not the Part of Him You’re Leaving"), chwytliwe szlagiery z Tin Pan Alley ("Jimmie Standing in the Rain") oraz punk rock ("The Spell That You Cast").

Przy całym smutku wpisanym w temat przewodni album "National Ransom" ma w sobie też silne pozytywne przesłanie – przyznając się do bankructwa swojej metody twórczej, Costello pozbył się ciążącego na nim przez lata piętna wiecznego eksperymentatora. W jego muzyce znów słychać wigor i pasję.

ELVIS COSTELLO | National Ransom | Universal Music