23-letnia Adele Adkins była porównywana do Winehouse, od kiedy nagrała pierwszą piosenkę. Na pierwszy rzut oka różni je wszystko. Wychudzona Amy mogłaby z fotografii w tabloidach ułożyć duży album, Adele to otyła blondynka, której zdjęć próżno szukać w kolorowych magazynach. Obie mają jednak doskonałe, lekko zachrypnięte soulowo-bluesowe głosy.

Adkins doskonale wie, że to starszej o pięć lat koleżance w dużej mierze zawdzięcza zainteresowanie muzycznego światka na starcie. – To, że nieźle mi się wiedzie, ma związek z popularnością Winehouse – mówi. – Świat chce po prostu kolejnych Amy.

Adele zaczynała, kiedy Winehouse podbijała listy przebojów swoją drugą płytą "Back to Black" wyprodukowaną przez Marka Ronsona. Ronson pracował potem przy singlu Adele "Cold Shoulder". Jej pierwsza płyta "19" spodobała się fanom i krytykom. Zwyciężyła w plebiscycie BBC na najlepsze brzmienia 2008 roku, otrzymała wyróżnienie krytyków podczas ceremonii Brit Awards. Z podziwem wypowiadali się o niej Kanye West i Beyoncé. Pokazała, że czuje czarny soul nie gorzej niż Amy.

Jednak producenci "19" nie wykonali swojego zadania perfekcyjnie. Na tej płycie króluje dobry, ale jednak zachowawczy i przewidywalny soul, który nie wybija się ponad poziom przyzwoitej rozleniwiającej muzyki puszczanej w popołudniowych niedzielnych audycjach radiowych. Nie wykorzystano w pełni możliwości wokalnych młodej Brytyjki.

Na "21" producenci spisali się już znakomicie, pozwalając Adele wokalnie poszaleć. Paul Epworth, odpowiedzialny za płyty Florence and the Machine i Bloc Party, a także Rick Rubin, który może się pochwalić współpracą z Red Hot Chili Peppers i Metallicą pokazali, że Amy ma godną następczynię.


Adele jest równie dobra w tanecznych, podszytych bluesem numerach, jak w soulowych balladach oraz coverach – śpiewa między innymi piękną "Lovesong" z repertuaru The Cure. Tę ostatnią wyprodukował Rubin, po raz kolejny udowadniając, że potrafi na nowo ożywić klasyki sprzed lat. To przecież Rick odpowiada za doskonałą płytę Johnny’ego Casha z coverami.

Adele na "21" bawi się swoim wokalem. Śpiewa rytmicznie bluesowym zachrypniętym głosem w stylu Amy, wyciąga wysokie tony niczym Dusty Springfield, wykrzykuje swoje żale do zostawiającego ją chłopaka w gospelowym "Take It All".

Ta płyta jest zestawem numerów, które się uzupełniają. Po szybkich pojawiają się rozluźniające ascetyczne ballady, kiedy oczy zaczynają się szklić, Adele znowu przyśpiesza. Dzięki temu "21" oprócz pełnego spektrum wokalnego ma dodatkową arcyważną zaletę – nie nudzi się.

Adele zdecydowanie może rywalizować z Amy. Zresztą jej oddech czuła już w szkole artystycznej BRIT pod Londynem. Kończyła je kilka lat wcześniej. To tam Adele nagrała swoje pierwsze piosenki dla szkolnego zespołu. Po wrzuceniu ich na myspace’ową stronę po raz pierwszy Adele wzbudziła zainteresowanie wytwórni. Tą samą szkołę ukończyły również inne wokalistki Kate Nash, Lilly Allen i Leona Lewis (chodziła z Adele do klasy). Jednak to z Amy i Adele Brytyjczycy mogą być najbardziej dumni. Nam pozostaje zazdrościć, że mają nie jeden taki głos.

ADELE | 21 | XL Recordings/Sonic