Po tym jak pierwszy termin koncertu wyprzedał się w godzinę, organizatorzy postanowili dać polskim fanom jeszcze jedną możliwość spotkania piosenkarza. Brytyjczyk zagra w Warszawie dwa razy: 11 i 12 sierpnia. Na żadne z wydarzeń nie ma już biletów.

Szczęśliwcy, którym udało się zdobyć wejściówkę mają zapewnione rewelacyjny wieczór. Co prawda, Sheeran stojący na wielkiej berlińskiej scenie w blasku reflektorów z gitarą, mikrofonem i butelką wody wyglądał nieco niepozornie, ale wszystkie wątpliwości minęły, gdy zaczął śpiewać.

Wykonawca od razu zdradził swoją wizję wieczoru. Wszyscy mają się dobrze bawić:
- śpiewać (jeśli nie znasz słów, udawaj że to robisz),
- tańczyć (nawet jeśli nie jesteś królem parkietu),
- skakać i klaskać,
- wchodzić z nim w interakcję,

czyli robić wszystko, by nie wyglądać tak jak Ed, który jak sam powiedział zazwyczaj słucha na koncertach muzyki nie okazując żadnych emocji.

Wielotysięczny tłum od razu przystąpił do działania, doprowadzając płytę stadionu do drżenia. Pogłos klaszczących dłoni, jaki roznosił się nad trybunami był niesamowity.

Bez względu na tempo utworu, czy to „Castle on the Hill”, „I see Fire”, „Shape of You”, „Think Out Loud”, czy romantyczny „Perfect” (podczas, którego doszło wśród publiczności do oświadczyn) każdy był „pracą zespołową”.

Dlatego radzę przesłuchać parę razy dyskografię Eda, żeby śpiewać, a nie udawać. Ćwiczenia poprawiające kondycję nie zaszkodzą (podskoki bywają męczące), a koncert krótki nie jest (prawie 2 godziny). Trzymanie rąk w górze i klaskanie też wymaga treningu.

Fani z pewnością będą zadowoleni z prezentowanej setlisty. Ci którzy znajdą się na koncercie jako przymusowe osoby towarzyszące także. To właśnie do nich wokalista skieruje parę ciepłych słów.

Jak to mówi moja koleżanka to nie fair, żeby ktoś tak brzydki tak ładnie śpiewał, cóż może właśnie to jest sprawiedliwe. Gdyby do umiejętności wokalnych i charyzmy dołożyć nieskazitelną urodę dwa koncerty w kraju nad Wisłą mogłyby nie wystarczyć.